poniedziałek, 9 lutego 2015

Od Christopher'a

Rozłożyłem się na sofie w salonie. Isabelle nie było, z resztą ostatnio ciągle gdzieś znika. Jednak wiedziałem że wróci na nasz trening. Usłyszałem pukanie i uniosłem wzrok. Lekkie, jakby drwiące. Zamek otworzył się. Gość nacisną klamkę i wszedł do środka.
- Cześć Chris. - usłyszałem męski głos, jeszcze za nim ujrzałem jego właściciela.
- Witaj Sebastianie.
Nawet się nie ruszyłem. Przyjrzałem się jednak przyjacielowi. Coś było z nim nie tak. Czarne włosy jak zwykle w artystycznym nieładzie. Jarzące się zielone oczy, błyszczały bólem. Sam się rozgościł i rozsiadł na fotelu.
- Co jest? - Zapytałem, wodząc za nim wzrokiem.
Pokręcił głową.
- To nic takiego. Mała sprzeczka z Jasnymi.
Prychnąłem. Już nawet wiedziałem jak to wyglądało. Walka w powietrzu i upadek na ziemię. Tylko że jeśliby je złamał, mógłby więcej nigdy nie wzbić się w powietrze.
- Idiota.
Stwierdziłem. Spojrzał na mnie i się uśmiechną.
- Palant.
Sprzeczki nie byłoby końca,ale po prostu, nie miałem na to chęci.
Porozmawialiśmy jeszcze trochę i poszliśmy na piwo.
Usiadłem przy barze i zamówiłem coś mocniejszego. Popijałem bursztynowy płyn,rozglądając się po Diabelskiej Tawernie. Sebastian obserwował moje poczynania, nie wtrącając się. Nie musiałem długo prowokować pewnego mało cierpliwego wilkołaka, który zamachną się na mnie,ale zamiast w moją twarz trafił w szklankę. Szkło uderzyło w ścianę z impetem i rozprysło się. Poczułem zmianę atmosfery przy sąsiednich dwóch stolikach. Posłałem mu uśmiech,który świadczył o tym że tylko szukam zaczepki. Stado kundla,było napięte, gotowe do ataku. Wymruczałem jeszcze dwa słowa,a zamiast mężczyzny staną wielki biały basior.
- Dawaj szczeniaku.
Dwudziestu na jednego? Mi o jak najbardziej pasuje.
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Uśmiechnięty i widocznie zadowolony z siebie, czekałem przed Tawerną na przyjaciela. Byłem cały podrapany i trochę we krwi. Wyprowadzili mnie i stado Doriana,które brało udział w bójce. Oparłem się o ścianę,z kapturem na głowie. Było dość ciemno. Nie używałem broni,bo nawet nie zdążyłem jej wyciągnąć.
-Mam CEL.
- To idź i do zabij, nim zrobi to ktoś inny.
Powiedziałem i ruszyłem w stronę domu. Zobaczyłem nagle że ktoś ma wyraźne kłopoty. To te same wilkołaki. Znalazłem się nagle przy ich przywódcy, złapałem za ramię i podstawiłem mu nogę. Wypierdzielił się na ziemię,a ja przygwoździłem go sztyletem.
Zająłem się następnymi przeciwnikami.
-Nic ci nie jest?- Zapytałem, zerkając cały czas na poszkodowanego.

<Ktosiu?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz