środa, 31 grudnia 2014
Od Shanga - Cd. Carelli
- Jak chcesz. - mruknąłem rozwijając skrzydła.
Czy celowo trzasnąłem nimi tak mocno, że "Lady" zaliczyła spotkanie z ziemią? Może... Nie usłyszałem jej złorzeczenia gdyż spoglądałem na piękny widok rozciągający się pode mną. Góry zawsze mnie fascynowały. Nieprzekraczalna granica dla zwykłych śmiertelników. Poczułem ukłucie bólu i żalu, że mój Arato nie może ich widzieć. Jakże mi go brakowało. Zdusiłem to uczucie. Nie pora ani miejsce na sentymenty. Skupiłem się na zadaniu. Z tej wysokości Carella wydawała się małą, wściekłą kropką. I tak uważałem, że była urocza. Zakręciłem wielkie koło ale nadal nic nie dostrzegłem. Z wyjątkiem...
Szybko runąłem w dół, zwijając skrzydła. Dziewczyna widząc jak pędzę w jej stronę, pisnęła i schowała się za skałę. Wyhamowałem nieco przed jej kryjówką a podmuch wiatru wzbił w niebo drobinki ziemi i kamyków.
- Zgłupiałeś?! - wrzasnęła.
Ponownie byłem człowiekiem. Uśmiechnąłem się lekko.
- Wygasłe ognisko pół godziny drogi stąd chyba jest podejrzane.
- Jaaasne. Jakby w górach ludzi nie było.
- Uspokój się i pomyśl. Wyglądało na świeże. Albo nasz pracodawca kłamie, albo ci nieznajomi właśnie mają cel zlecenia.
- Myślisz?
- To możliwe. Mogli zaleźć błyskotkę i ... zaraz... dokąd idziesz?1
Carella wyminęła mnie i z zacięta miną ruszyła w góry.
- A jak myślisz?
- Nie możesz ich zaatakować! Na pewno mają przewagę!
- I? Ja mam smoka.
- TY masz? - spojrzałem, rozbawiony krzyżując ręce na piersi. Nawet nie drgnąłem. Niech sie nieco wysili.
<Carello? xD >
Od Angeli Cd. Atosa
-Taak, ale... jest jeszcze jeden problem... -spuściłam głowę na dół. -Co zrobić, jeśli nie potrafię jeździć konno...? -powiedziałam to bardzo cicho.
Cicho się zaśmiał.
-To już jest problem Atosa.
Problem Atosa? Co to ma do rzeczy?
-Rozumiem. Dziękuję. -wyszłam.
♠ ♠ ♠
Nastąpił ranek. Usłyszałam głośne pukanie w drzwi.
-Chodź już! Ile mam na ciebie czekać!? -wołał Atos.
A ja dopiero co się przebudziłam...
<Atos? Ona nie potrafi jeździć konno XD>
Od Daichiego Cd. Edgara
-T-tak... -odpowiedział drżącym głosem.
-Na pewno? -dopytałem.
Ostatnio Edgar miał mniej pracy, jednak nie zachowywał się "normalnie".
-Tak... na pewno...
Zaczerwienił się. Podszedłem do niego bliżej i dłonią delikatnie dotknąłem jego policzka.
-Nie masz gorączki? Jesteś...
-Nie mam! -zaczerwienił się jeszcze bardziej i gwałtownie się odsunął.
-Przepraszam...? -nie wiedziałem jak mam zareagować.
Odwrócił wzrok i poszedł bez słowa na górę.
-Dziwny... -szepnąłem.
<Edgar? Podobne to do niego, czy raczej nie? XD>
Od Edgara Cd. Daichiego
wzruszyłem ramionami i ruszyłem do kuchni. Dzień z leciał szybko oraz leniwie. Szczerze mówiąc cały dzień spędziłem w salonie i na wypominaniu Daichiemu by ten bardziej się przyłożył do swojej "pracy". Po pewnym czasie w ogóle przestał słuchać co mówię.
Przez kilka następnych dni nie miałem tak wiele pracy. Zwłaszcza dzisiejszego dnia, dzięki czemu szybciej wróciłem do domu. Ostatnio sam zauważyłem, że dziwnie się czuję, gdy jestem z Daichim. Boli mnie wtedy brzuch i robi mi się cieplej w dodatku, gdy z nim rozmawiam zaczynam się jąkać nie mogąc poprawnie uformować wypowiedzi. Właśnie siedziałem z Daichim w salonie, on pewnie także to zauważył...
-Wszystko w porządku?- usłyszałem jego głos.
-T-tak...
<Daichi? XD >
Od Draygon,a cd Aryi
-Tęskniłem - oznajmiłem spokojnie. Po czym usłyszałem coś, odwróciłem się i rzuciłem sztyletem. Z drzew ukazał się smok, tak , moja siostra. Była w zbroi, więc mój sztylet nic jej nie zrobił. Okazała się agresywna.
-Draygon... co się dzieje? -spytała Aryi,a Ja pobiegłem do przodu w stronę smoczycy, a ona do mnie. Próbowała mnie zadeptać, ale nie udało się, skoczyłem i zwinnie wspinałem się po niej aż do głowy. Wyciągnąłem drugi nóż i trzymałem przy jej głowę, dotknąłem ją lekko, ale nie wbiłem i nie zrobiłem jej krzywdy. Smoczyca stanęła i padła. A ja zeskoczyłem i stanąłem obok.
-Hahaha znowu wygrałem - zaśmiałem się.
-To nie fer, - oznajmiła smoczyca umysłem. I podniosła się. Aryi,a podeszła.
-Too był... - pokazała palcem, przerwałem jej.
-Trening - oznajmiłem z siostrą jednocześnie.
Aryi,a? xD
Od Vierry CD Knockuta
- Złodziej! Łapać go! Złodziej! - krzyczała za nim kobieta w puchatej czapce na głowie i grubym płaszczu. - Haha, żartowałam - powiedziała z drwiącym uśmiechem na ustach. Złodziejaszek spojrzał na nią zaskoczony, nigdy nie słyszał czegoś takiego z ust ofiary.
Dziewczyna uśmiechnięta wystrzeliła w jego stronę wiązkę niebieskiej mgiełki. Mężczyzna zamarzł całkowicie, pokryty grubą warstwą lodu. Nienaruszona została jedynie torebka. - Oj i po co ci to było kochanie? - westchnęła z udawanym żalem. Ustami musnęła lekko policzek lodowej rzeźby zabierając swoją własność. - Teraz zostaniesz postawiony na strychu, tam gdzie pozostałe mniej urodziwe dzieła mojego autorstwa.
Kobieta ruszyła przez dziedziniec pewnym, pełnym gracji i wdzięku krokiem. Usiadła na kawałku gruzu w labiryncie powalonych budowli z cichym westchnieniem. Poczuła na sobie parę świdrujących ją oczu, odwróciła gwałtownie głowę patrząc gniewnie na biednego Knockuta. - Czego tu szukasz? - warknęła.
Mężczyzna zachował spokój co jeszcze bardziej ją rozzłościło. - Spaceruję, pani.
- Skoro już łazisz tam gdzie nie trzeba to mógłbyś odnieść ten posąg na poddasze, tam gdzie jego miejsce.
<Knockut? XD>
Od Rachel Cd. Narcyzy
-Wygodnie się spało? -usłyszałam głos Narcyzy.
-C-co? Przepraszam! -zdałam sobie sprawę, że to nie było moje łóżko. -Już wstaję!
Westchnęła.
-Byłaś naprawdę zmęczona, co? -lekko się uśmiechnęła.
-Tak...
-Na tyle zmęczona by kłaść się komuś do łóżka.
-Może się zdarzyć! -oburzyłam się.
-Dobra, dobra, przecież nic nie mówię.
Poszłam do kuchni zaparzyć herbatę.
<Narcyza? Ach, ten brak weny... ^^>
Od Atosa CD Angeli
Po dobrej godzinie sprawdzania papierów, zszedł na dół do swojej komnaty. Na drzwiach wisiała karteczka " U mnie w gabinecie, migusiem. " Identyczna kartka, o identycznej treści wisiała na drzwiach Angel. Atos nie miał problemu z rozpoznaniem nadawcy, znał to pismo niemal tak dobrze jak swoje własne.
Angel nie poszło tak dobrze i musiała nieco popytać tu i ówdzie, żeby stać teraz tam gdzie stała - przed drzwiami Artura. Przyszła równo z doradcą księcia, który nie uraczył jej nawet jednym, przelotnym spojrzeniem.
- Też dostałeś karteczkę? - spytała dziewczyna wymuszenie.
- Tak - odparł krótko pukając do drzwi. Usłyszeli donośne "Wejść!".
- Zanim zaczniecie zadawać pytania - rozpoczął młody książę paląc szluga - wezwałem was bo mam do was wielką prośbę. Udacie się razem na północ w stronę Traktu Królewskiego.
- Z jakiego powodu, panie?
- Boże, ten oficjalny ton - mruknął zażenowany patrząc na skaczące iskierki w palenisku. - W naszą stronę idzie człowiek, o którego dobro chciałbym szczególnie zadbać. Znając go zapewne zgubi sie gdy tylko przekroczy granicę a tego bym nie chciał, może mieć dla nas ważne informacje.
- Ale kto to taki? Jak go rozpoznamy? - zapytała Angel.
- Atos go zna i wyczuje z 10 kilometrów, nie ma się co martwić - powiedział rozbawiony, w swoim mniemaniu powiedział coś zabawnego.
- Czy to... - zaczął doradca z mieszaniną uczuć.
- Tak Atosie, to on we własnej osobie. Dostałem list wczoraj wieczorem. - Uśmiechnął się do nich szeroko. - Najpierw udacie się do siedziby Najemników, dostaniecie od nich trzy konie i prowiant.
- O Boże, kobieta demon... - wymamrotał Atos kłaniając się Arturowi. - Oczywiście, wyruszymy jutro z samego rana.
<Angel? I co? Nie dałam rady? Nie dałam? XD>
Od Argony do Kiry
- No proszę - krzyknąłem, by mieć pewność, że mnie słyszy - A więc dlatego waćpanna była tak ostrożna...
- Czego dalej ode mnie chcesz - warknęła ponownie, zamiatając olbrzymim ogonem ziemię
- Cóż, powiedzmy, że dalej nie mam nic lepszego niż rozmowa z panią
(Kira?)
Od Esdeath do Uriego
Całą siłą popchnęłam ciężkie drzwi pokoju przywódcy. Dumnym krokiem weszłam do środka zamykając je za sobą.
Nad biurkiem Jake'a stał pochylony mężczyzna, opierał się rękoma o blat, a jego twarz była naprawdę blisko twarzy Lorda, wyglądało to na typową kłótnie. Gdy drzwi się zatrzasnęły mężczyzna odwrócił się w moją stronę, miał śnieżno białe włosy, tak jak ja, oraz czerwone tęczówki. "Zbieg okoliczności" - pomyślałam i zignorowałam wzrok mężczyzny, on po chwili odwrócił się i dalej kontynuował rozmowę.
Klęknęłam obok białowłosego i złożyłam dłoń na piersi, chyba tylko ja tutaj dążyłam przywódcę tak ogromnym szacunkiem.
- Wybacz, że się wtrącam lordzie, lecz wzywałeś mnie do Siebie.
- Tak. Potrzebuje kogoś by sprawdził tereny Silencio, ostatnio podobno roi się tam od demonów 1 i 2 stopnia. Nie powinny być dla was niczym groźnym, racja?
- Was?
- Chciałem byście razem tam ruszyli, panienko Esdeath, Uri - powiedział z delikatnym uśmiechem.
Spojrzałam na 'Uriego', widać było, że ta propozycja nie przypadła mu do gustu.
- Pójdziesz tam ze mną? - zapytałam.
- A mam jakiś wybór? Mogłeś mi chociaż dać kogoś innego niż dzieciaka - westchnął.
- Wiek nie jest wyznacznikiem umiejętności władania ostrzem. A tak właściwie wątpię by wiele nas dzieliło w tej kwestii.
Odwróciłam się do wyjścia i machając za siebie ręką powiedziałam;
- Wyruszmy z samego ranka spod głównej bramy.
<Uri? Przepraszam kochanie, moje umiejętności zmarniały :/>
Od Boreasza CD Florany
Wróżka zaczęła krzyczeć na niego wściekła. - Jak mogłeś?! Gdzie ta twoja pewność siebie?!
- Nie mówiłaś, że jest taki ogromny! - krzyknął z wyrzutem.
Golem rzucił w nich kłodą a Floranka dalej obsypywała maga wyzwiskami.
Boreasz zatrzymał się gwałtownie patrząc na nią z iskierką rozbawienia w oku.
- Uciekaj! Nie dasz rady!
- Nie dasz się pobawić w ofiarę - westchnął wysyłając wiązkę błyszczącej, niebieskiej mgiełki w stronę stwora. Golem ustał nieruchomo pokryty grubą warstwą lodu. Tylko oczy jakby śledziły ich ruchy.
Floranka zatrzymała się gwałtownie. - Co zrobiłeś?
- A nie widać? - odpowiedział pytaniem na pytanie nieco zażenowany. - Zamroziłem go.
- Jesteś lodowym magiem?
Skinął głową podpierając się o nogę golema. Mag dostał z liścia od wróżki. - To po co ta cała szopka z uciekaniem?!
Dotknął zaognionego policzka. - Wybuchowa, to dodaje ci uroku. - Siłą woli powstrzymał się żeby jej nie przyłożyć, nie teraz, nie gdy był tak blisko celu.
- Nie odpowiedziałeś!
- Nie muszę tłumaczyć się ze swojego zachowania, jestem wolnym strzelcem. - Z tymi słowami wyszedł na drogę, przed nadjeżdżający powóz. Woźnica spojrzał na niego z przestrachem.
- Gdzie jedziesz? - spytał mag.
Biedny wieśniak dygotał na sam jego widok, rzucał co chwilę jednym okiem na wielkiego golema. - Do stolicy panie.
- O, to bardzo dobrze! - Boreasz zatarł ręce zadowolony. - Weźmiesz go ze sobą - powiedział wskazując ruchem głowy na 2,5 metrową rzeźbę.
- Ale-ale panie, ona nawet nie zmieści się na powóz a po za tym...
Mag pokazał mu woreczek złotych monet. Wieśniak spojrzał na niego zaskoczony. - Aż tyle? Och panie, to za dużo nawet jak na tak duży ładunek.
- Wiem - mruknął wyciągając z niego dwie monety, resztę schował do kieszeni. - Do siedziby Najemników. Przekaż im, że wraca zboczeniec - będą wiedzieć o kogo chodzi. A! I niech trzymają golema gdzieś w chłodnym miejscu, chcę po powrocie dać go komuś na prezent.
- T-tak jest...
- Migiem! - warknął. Pod jego czujnym spojrzeniem mężczyzna szybko się uwinął i już znikał za zakrętem. - To jak, dasz mi ten kwiatek?
<Floranka? XD>
Od Florany - Cd. Boreasza
- No jasne. Jak typowy facet. Ma być TAK jak ty chcesz. - warknęła. - Wiesz co? Mam da ciebie ciekawą wiadomość. Wsadź sobie ten kostur tam gdzie chcesz, a może za dwa dni zmądrzejesz i mnie znajdziesz. - powiedziała odwracając się tyłem i zaczęła wolno iść w kierunku karczmy.
Mamrotała pod nosem przekleństwa na cały ród krokodyli i ogółem mężczyzn.
- Głupi, bezmózgi faceci. Po co oni komu?! Mogłam się pobawić z golemem ale nieee, musiałam iść za jakimś dziwnym typkiem z manią wyższości. - prychnęła i zamarła widząc golema. - No pięknie.
Stwór wydał złowrogi pomruk i chwycił mocniej kłodę którą ciągnął za sobą.
- Czy ty się nigdy nie męczysz?! - wrzasnęła uciekając.
Golem ryknął i ruszył za nią. Wróżka potrafiła zaskakująco szybko uciekać i w ekspresowym tempie dobiegła do maga. Stanęła i rozejrzała się czujnie.
- O... a więc zmieniłaś zdanie? - zadrwił.
- Co? Nie! A idź ty mi z tym kwiatem - machnęła ręką wskazując wściekłego golema szarżującego na nich z impetem.
- Twój? - zapytał zadowolony.
- Ta, tylko nieco mu się urosło. - warknęła.- Miłej zabawy. - zaczęła uciekać ale Boreasz chwycił ją za kołnierz i powstrzymał.
- Załatwię go a ty dasz mi kwiat?
Zatrzymała się i zastanowiła.
- Golem plus dotknąć kostura? - zapytała.
- Nie.
- No proszę.
- On jest już bliskooo. Złożę cię w ofierze w imię lepszego dnia. Co ty na to? - zapytał śpiewnym głosem.
- Świnia.
- Więc?
- No dobra! Zrób z nim coś a dostaniesz napar.
<Bori? xD >
Od Mayu CD Liu
Od Angeli Cd. Atosa
-Atos... -cicho powiedziałam.
Brak odpowiedzi.
-List... -zaczęłam.
Gwałtownie spojrzał się w moją stronę. Podszedł do mnie, wyrwał z ręki list i przyparł mocno do ściany.
-Czytałaś go!? -mówił głośnym i poważnym tonem.
Odwróciłam głowę na bok.
-Kretyn! -zawołałam i odepchnęłam go, po czym szybko wybiegłam z pomieszczenia.
Miałam łzy w oczach. Spływały po moich policzkach...
-Jak mogłabym go przeczytać? -szepnęłam.
<Atos? XD>
Od Knockout do Vierry
<Vierra Aley? >
Od Kiry CD Argony
-Kira Shi - syknęłam - Nie masz niczego innego do roboty?
-Otóż zaskoczę cię. Nie, nie mam nic do roboty.
-Och, cóż za niespodzianka - rzuciłam z przekąsem - Z pewnością coś ci+ znajdę.
-Byłbym zaszczycony.
-Bogowie, dlaczego?! - jęknęłam - Dobra, zakłóciłeś mój spokój, trochę poprzeszkadzałeś, a teraz już możesz sobie iść.
-Ależ...
-Tak, tak - przerwałam mu - Jasne, każdy tak mówi. Do zobaczenia później. Mam sprawy do załatwienia - dodałam po chwili załamującym się głosem, czując, że smocza część duszy daje o sobie znać.
Pobiegłam najdalej jak mogłam i padłam na ziemię. Zaczęłam dyszeć. Moje źrenice momentalnie się powiększyły, a skórę pokryły łuski. Gdy odzyskałam pełną świadomość byłam kilkakrotnie większa i silniejsza.
Przepełniona nową, smoczą energią spojrzałam przed siebie. Isamu (XD) kucał w krzakach i się przyglądał.
Rzuciłam mu groźne spojrzenie i warknęłam. Mężczyznę wyraźnie przeszedł dreszcz, ale nie uciekał. Wręcz przeciwnie, wyszedł z krzaków i szedł w moją stronę.
< Argona? Jedźmy z tym koksem XD >
Od Aryi do Vierry
- Jeśli nie zaczniesz z nami kicać zrzucimy cię stąd!
Odwróciłam się i zobaczyłam królową kucyków. Stadła na wielkiej, różowej chmurze.
- Kic! Kic! – darły się kucyki. (Kic XD Nie mogłam się powstrzymać ;3)
Wrzasnęłam i chciałam uciekać, ale wredne różowe stworzonka trzymały mnie w żelaznym uścisku… z wrzaskiem usiadłam na trawie. Rozejrzałam się. drzewo, kwiaty, trawa. Zero tęczy i kucyków. Uff… co ze debilny sen. Wstałam i nagle stanęłam twarzą w twarz z nieznajomą. Odskoczyłam. Czarnowłosa dziewczyna siedziała na skale i przypatrywała mi się uważnie.
- Krzyczałaś przez sen – odezwała się.
<Vierra? Kic!>
Od Argony cd. Kiry
- Myślałeś, że możesz tak po prostu się na mnie gapić? - przeniosła wzrok prosto na mnie, a ja spojrzałam na nią z niedowierzaniem
Powoli wstałam, a na moje usta wybiegł łagodny, niemal zalotny uśmiech.
- Nic podobnego, piękna pani - zaczęłam uprzejmie - Nie miałem zamiaru pani urazić, jednak gdy usłyszałem tak piękny śpiew nie mogłem już się od niego oderwać, proszę mi więc wybaczyć zuchwałość, ale czy mogę poznać imię istoty o magicznym głosie?
- Prawa grzeczności wymagałyby, byś ty najpierw podał swoje imię - odparła, również wstając i kładąc rękę, cóż za niespodzianka, na rękojeści katany.
- Proszę mi wybaczyć - skłoniłam się z gracją - Nazywam się Isamu Otori. Do usług.
Przedstawiłam się używając imienia postaci, która najdłużej mi towarzyszyła i byłam prawie pewna, że jej krewni już dawno nie żyją.
(Kira? F**k system! Mogę być mężczyzną! :C)
Od Maiev cd. Vierry
Od Atosa CD Angeli
- Jeszcze tu jesteś? - spytał beznamiętnym tonem patrząc na nią z pod oka.
- Tak, czemu nie mówisz mi tego głupiego "dzień dobry"? - dziewczyna nie ustępowała a Atos coraz bardziej był zażenowany. Wyjął swój niewielki notatnik, zapisał tam parę zdań i odszedł taszcząc ciężkie księgi. Na podłogę spadł zapieczętowany list z herbem, któregoś z lordów.
- Ej, czekaj! - zawołała dziewczyna ale cichociemny<XD> zniknął nie wiadomo gdzie bo droga rozgałęziała się w dwie strony. Nie słyszał jej, a raczej nie chciał słyszeć.
Ktoś ustał za nią przysłaniając słońce. Książę Artur zajrzał jej przez ramię patrząc na kopertę. - Herb rodu Atosa - powiedział marszcząc czoło. Dziewczyna zarumieniła się lekko. - Kto mógł wysłać ten list? - mruknął do siebie.
- O-o co chodzi panie?
- Nie, nic... Najlepiej szybko mu to oddaj.
- Tylko, że o nie chce ze mną rozmawiać.
- Nie lubi odzywać się do kobiet - odarł zamyślony. - Był z księgami? Oczywiście, że tak. To jego książkowa godzina. Znajdziesz go na poddaszu. - Z tymi słowami odszedł w przeciwnym kierunku.
<Angela? No ten list... uhuh XD>
Od Kiry
To, czego najbardziej potrzebuję, a czego mam tak mało w Avalonie. Niemalże nie ma miejsca, gdzie nie byłoby nikogo, więc kiedy odnalazłam łąkę, gdzie nie zauważyłam żadnej żywej duszy poczułam ulgę i usiadłam rozluźniona. Nie rozumiem, dlaczego większość czuje się 'dziwnie' podczas takiej grobowej ciszy. Rozejrzałam się jeszcze raz, by się upewnić, że nikogo nie ma i zaczęłam nucić piosenkę, której nauczyła mnie kiedyś pewna szamanka.
Are you, are you
Coming to the tree?
They strung up a man
They say who murdered three
Strange things did happen here
No stranger would it be
If we met at midnight
In the hanging tree
Przerwałam i spojrzałam prosto na chłopaka, który siedział na klifie i spoglądał na mnie.
-Myślałeś, że możesz tak po prostu się na mnie gapić? - spytałam oschle. Mężczyzna przez chwilę nie odpowiadał, tylko patrzył na mnie z niedowierzaniem.
< Ktosiu? >
Od Ravanhela CD Florony
- Odtrutka - powiedziała machając mu nią przed nosem. Mężczyzna wyciągnął po nią ręką ale w tej samej chwili wróżka schowała ją za plecami. - Najpierw kostur.
W jego niebieskim oku pojawiła się iskierka gniewu, która dość szybko ustąpiła. Czerwone pozostawało spokojne.
- Czemu chcesz go dotknąć? To nic nadzwyczajnego. Kawałek ładnie obrobionego kija z nic niewartym kryształkiem w środku. Chińska tandeta, ostatnio jak odpadł przez dwa dni próbowałem go przykleić. - Oczywiście kłamał, ten kostur był jego największym skarbem nie tylko cennym materialnie ale i sentymentalnie. To była przecież jego kochana Lili.
- Skoro jest taki badziewny, tym bardziej powinieneś dać mi go dotknąć. Wolisz umrzeć?
Mag oparł się o drzewo z uśmieszkiem na twarzy. - Co widzisz?
- Dziwnego człowieka z białymi włosami i oczami o dwóch kolorach.
- Właśnie, człowieka. Żyję ale nie starzeję się chociaż jestem człowiekiem, myślisz że jakieś tam jagódki mnie powalą? - spytał z uśmiechem cwaniaka pewny tego co mówi. Ale zrobił się jakiś taki zielony na twarzy, odwrócił się szybko i rzygnął w krzaki. - Dobra, daj mi ten kwiatek - mruknął w środku się gotując. Jego duma została urażona(jest źle XD).
Floronka uśmiechnęła się triumfalnie. - Kostur i przeproś.
- Mam cię przeprosić? - wycedził przez zęby. Kostur pokrył się lodowymi igłami reagując na jego emocje. Wziął głęboki wdech a igły zmieniły się w wodę. - Nie dam ci go a jeżeli nie chcesz mieć biednego człowieka na sumie to dasz mi ten kwiatek - powiedział już całkiem spokojnie. Nie było śladu po tym przez moment niebezpiecznym człowieku.
<Floronka? XD>
wtorek, 30 grudnia 2014
Od Rovneya CD Aerty
- Co ty odpierdzielasz?! - wrzasnęła wściekła. Małpy były coraz bliżej, biegły z zawrotną prędkością a mag nadal nic sobie z tego nie robił. - Biegnij!
- Ojć, naucz się pokory i cierpliwości, one nic nam nie zrobią.
Dziewczyna już go nie słuchała, zaczęła ciąć zombie na lewo i prawo przecinając martwe ciała. Smród był nieznośny, jak sterta zgniłych jajek przywalona starymi skarpetkami starszego brata i doprawiona zapachem rozkładających się ciał.
Rovney dopiero teraz zaczął biec. Wszystkie małpy ruszyły za nim zostawiając Aerte, w tym momencie nie wiadomo czemu, ale nie interesowała ich. Mag po dość długim sprincie między zaroślami i skałami - zatrzymał się gwałtownie i skoczył w górę. - Mam skrzydła - mruknął pod nosem. Coś zawirowało i unosił się nad mini trzepocząc ciemnymi skrzydłami. Małpy nie miały takich zdolności, zaczęły spadać jedna po drugiej aż została tylko garstka.
- Nie mam skrzydeł - powiedział i jak na wezwanie, skrzydła zniknęły a on miękko wylądował przy krawędzi. Patrzył w dół za spadającymi stworzeniami. Obrócił głowę w bok, obok niego stała jedna z tych małp zombi, która cudem nie spadła. Patrzyli chwilę na siebie a potem znów w dół. - Ładnie poleciały...
Małpa pokiwała powoli głową. - Uhahahahu - przytaknął człekokształtny.
Stanowili dość dziwnych znajomych.
<Aerta? Rovi będzie chciał wziąć ją ze sobą XD>
Od Artura CD Enely
- Gdzie? - spytała zaskoczona Enely.
Książę zmarszczył czoło. - W lasach na południu. Żyją tam elfy, jest ich może z... szesnastu. Byłem tam jakiś czas temu, całkiem nieźle mnie przyjęli. A pamiętam ostrzeżenia starego kronikarza " Nie jedź tam! To zło wcielone, chcieli zabić naszych ludzi! ". Staruszkowi niestety pomyliły się nieco daty i pomylił owy napad z tym z przed dwudziestu lat - zaśmiał się. - Ach te wspomnienia.
- Elfy... dużo jest ich tutaj? W Avalonie?
- Dosyć. W Iluminatach nie jesteś jedynym elfem, jest ich jeszcze parę. Całkiem mili chodź wolą trzymać się na uboczu.
- Ach - westchnęła elfka.
- No dobra, chyba muszę już wracać. Nie chcę przeszkadzać w rzeźbieniu domu - zarechotał zapalając kolejnego szluga. To był już trzeci a mu nadal się nie znudziło, ach to uzależnienie. Wszędzie i zawsze przyjemnie jest poczuć drażniący dym. - Potem będę chciał, aby któraś z was towarzyszyła mi w spotkaniu z głównodowodzącą Najemników. Uch, szalona kobieta.
Artur wzdrygnął się na samo jej wspomnienie. Nieobliczalna, szalona, piękna i zbyt inteligentna. Książę czuł do niej respekt chociaż była w jego wieku(ta, phii...).
- To która pójdzie?
<Enely? XD>
Od Angeli do Atosa
Szłam pewnie przez zamkowy korytarz.
-Witaj panie. -stosownie przywitałam się i ukłoniłam Arturowi.
-Dzień Dobry. -odpowiedział lekko się przy tym uśmiechając.
Zadowolona z siebie szłam dalej. Zauważyłam Atosa.
-Dzień Dobry Atos. -również go powitałam.
On nawet na mnie nie spojrzał i szedł dalej przed siebie.
-Dziwny typ... -pomyślałam.
Następnego dnia było to samo. Również nic nie mówił. Zastanawiałam się dlaczego. Czy innym odpowiada? Zaczęłam go śledzić. To nie tak, że coś do niego mam, jednak... to nie dawało mi spokoju. On jedyny z całej organizacji się do mnie nie odezwał.
Chodziłam za nim przez cały dzień starając się zostać niezauważoną.
-Dlaczego wciąż za mną chodzisz? -odezwał się. -Zauważyłem, że wciąż za mną łazisz. Masz tego jakiś cel? -nawet się na mnie nie popatrzył.
-To niekulturalne! -wypomniałam. -Kiedy coś do ciebie mówię nawet na mnie nie spojrzysz, nie wspominając o tym byś odpowiedział!
-A muszę? -zapytał.
Zanim odszedł popatrzył się na mnie z pogardą...
<Atos?xd>
Od Sylvanas cd. Jake'a
-Nie płacz.- szepnęła.
Chłopak spojrzał na nią. W środku zapewne rozpierało go szczęście. Przytulił dziewczynę najmocniej jak się dało.
Od Liu Do Mayu
-Dosyć!Zrobisz jej krzywdę-Krzyknęła zmartwiona Nightmare
Popatrzyłem na postać i ją puściłem
-Przepraszam-Warknąłem
Złapała się za gardło
-Nic nie szkodzi -Odpowiedziała-Słuchaj,powinieneś iść do siebie-powiedziała
Zignorowałem ją i wróciłem do patrzenia na księżyc
-Masz zamiar tu tak siedzieć całą noc?-Warknęła
-Może,a teraz zmyka-
Dziewczyna poszła do swojego pokoju
{Mayu?Szorka brak weny ;_; }
Od Ingwar'a-cd Esdeath
-Nie próbujesz czasami odejść od tematu opowiadania o sobie
-Ależ nie-zaśmiałem się-Ja tylko mówię o tym co lubię robić
-Pisarz?
-Bingo. No bo przecież dlaczego nie lubić pisania. Jak i samego czytania. Ale to, że ma się możliwość stworzenia czegoś nowego, istnego dzieła sztuki potrafi napełnić człowieka nadzieją. Nadzieją która zaraz umiera, ale co tam. To może powiem coś o mocach?-spytałem się jej. Nie czekałem na odpowiedź. Zacząłem po prostu mówić-Powiedzmy, ze posiadam cechy ducha. No w którym po części jestem, ale to pomińmy. Potrafię zmienić się w postać niematerialną, a za razem móc robić wszystko to co potrafi normalny człowiek. Czy też inna istota magiczna. Panuję na wiatrem, przenikam i panuję nad ciałami innych. Czytam w umyśle i inne tam duperele. Ogólnie mam lekko zróżnicowane moce..Heh-powiedziałem
<Esdeath?(te opowiadanie wyczerpują wenę xd)>
Od Jake'a Cd. Sylvanas
-Wyjdziesz z tego, przysięgam... -szepnąłem.
Wziąłem ją na ręce i zmieniłem nas w mgłę.
Kiedy byliśmy już w zamku, ułożyłem ją na łóżku w jej komnacie i zawołałem Marię, aby jej pilnowała.
Natomiast ja, dosiadłem czarnego konia i powędrowałem do Najemników w poszukiwaniu jakiegoś doświadczonego alchemika. Kiedy dotarłem na miejsce spotkałem starszego mężczyznę, który przedstawił się jako Dhan Hoopfcard.
Wytłumaczyłem mu tylko kilka szczegółów, a następnie podałem mu fiolkę z trucizną.
Wiedziałem, że nie będzie łatwo, Dhan tylko westchnął, mówiąc:
-Pomogę ci młody człowieku, jednak większość zależy od ciebie. Już nie wspominając o małej zapłacie... -wyjąłem z torby dużą sakwę z pieniędzmi.
-Tyle wystarczy? -zadowolony skinął znacząco głową. -Więc? Od czego mam zacząć? -zapytałem.
-Dla kogo tak się poświęcasz? -dopytał.
-Dla kogoś bardzo bliskiemu mojemu sercu. -odpowiedziałem.
-Rozumiem... -uśmiechnął się. Więc zacznijmy od tego, że musisz zdobyć skałę Tytanu (tylko to byłam w stanie wymyślić, choć wiem, że takiego syfu jest cała masa XD). Musisz udać się w najwyższe góry i tam go znaleźć. Resztą zajmę się ja. A teraz śpiesz się! Nie zostało wiele czasu!
Wyszedłem z wielkiego domu alchemika.
Zostawiłem konia pod jego opieką, a ja wyruszyłem w podróż całkiem samotnie.
Śnieg, zimno, wichura... Bałem się, że nie przeżyję tego.
Wspinałem się po zaśnieżonych wzgórzach. Upadłem wiele razy, z dużych wysokości. Byłem obolały i zmęczony.
Po ostatnim upadku nie mogłem wstać.
-Boże... pomóż... -modliłem się...
Nie było mowy o tym, bym się poddał. Nie ma takiej opcji. Dla Sylvanas zrobię wszystko.
Podniosłem się i wspinałem się coraz to wyżej, aż nareszcie doszedłem do celu.
Zabrałem to, co było mi potrzebne i zszedłem na dół. Bez żadnych problemów.
Wróciłem do Dhan'a. Zaparzył mi ciepłą herbatą i zajął się eliksirem.
-Dz-dziękuję... -wymamrotałem.
-Mhm. -przytaknął.
W końcu zakończył tworzenie mikstury.
Szybko wróciłem do zamku i do komnaty dziewczyny...
Maria wciąż tam była. Podszedłem do Sylvanas i do jej ust wlałem kilka kropel płynu.
Minęło już dość sporo czasu i nic. Miałem łzy w oczach...
-Przepraszam... spóźniłem się. Proszę wybacz mi to... błagam! Jestem nikim... nie jestem nawet ciebie wart... To moja wina, proszę wybacz mi... Kocham cię...
Od Aerty-cd Fannygail
-Zobaczymy się na dole-powiedziałam i zeskoczyłam z jej grzbietu. Wolałam latać sama.
Łatwo mi się wylądowało. Oczywiście uniósł się pył. Kamienna posadzka prawie nie wytrzymała ale było okey. Dziedziniec był ogromny i było na nim kilka rzeźb. Otrzepałam się z kurzu i pyłu. Chwilę po mnie kobieta(a raczej smok ;p) wylądowała na placu. Zmieniła się w człowieka
-Chodź! Zaprowadzę cie do niego. A jak chcesz mogę też oprowadzić-powiedziałam do niej
Fannygail? Brak weny O.O
Od Aerty-cd Rovneya
-Jak widać małpy zombie-powiedział ironicznie
-No co ty? Nie zauważyłam.-rzekła sucho i znowu spróbowała użyć magi. Zestrzeliła też kolejnego stwora.-I jeszcze nie działa na nie nic.
-Już próbowałaś użyć magii?
-A dlaczego nie?-spytała-Ale one i tak są zatrzymane w czasie i we wszystkim. Nie działa na nie czas-już umarły i-nie mogła dokończyć ponieważ jedna z tych małp rzuciła się na nich. Odsunęła się i wbiła jej sztylet do głowy.
-Radzę spieprzać!-powiedziała do równie siłującego się z małpami blondyna(xd)
-Jest ich tylko kilka-na te słowa jak na zaklęcie pojawiła się kolejna partia zgniłych człekokształtnych.
-Nie wiem czemu to robię ale ja nie mam zamiaru z nimi walczyć-powiedziała i przeniosła ich kilkaset metrów od "zgrupowania"
-Ja się teraz pytam co to jest!-zaczęła się denerwować
-Mówiłem już-chciał dokończyć lecz dziewczyna wiedziała o co mu chodzi.
-Wiem. Zombie Małpy. Ale nie są normalne. Są odporne na ataki umysły. To ogarniam. Nie mają funkcjonującego tego organu. Ale żeby czas i twoja iluzja??!
-Może są nasłane-to ją zdziwiło-No wiesz raczej dałoby się je łatwo zatrzymać. Chodźmy naszymi kopiami.
-Ale się ich nie da. Tylko kto chciałby na nas nasłać takie coś. Brr! Normalnie sama zmienię się zaraz w małpę!-sytuacja zaczynała ją pomału wkurzać. Było to.."dość" widoczne
-Może wtopisz się w tłum-powiedział ironicznie i oboje wrócili do obmyśleń
-Podsumujmy wnioski. Nie działa na nich magia, atakują dziwnie tylko nas. Pojawiają się też znikąd i jest ich w dupę dużo. No a teraz widzę jak z zawrotną prędkością znowu na nas biegną.! -powiedziała...
<Rovney?( Zajebisty wręcz pomysł z małpami xd/Jebłam)>
Od Enelyi - C.D. Artura
- O czym mamy opowiadać? O tym samym? - Spytała nieco ironicznie Jody.
- Nie.. Na przykład gdzie ty się nauczyłaś robić takie domy z drewna?
- Rodzice mnie nauczyli. Jody też uczyli, ale nie miała jako wampir fachu w ręku i raczej jej to nie wychodziło.. Uczyłam się 9 lat, a potem zamieszkałam w tym co wyrzeźbiłam. Był to malutki i raczej mało wygodny dom, ale potem robiłam następne i się nauczyłam. Normalnemu człowiekowi zajęłoby to rok albo dwa, mi potrzeba zaledwie kilku dni.
Książe wstał, przeszedł się po parterze, po czym podszedł do schodów i pogładził poręcz.
- Mogę? - zapytał.
- Nie jest jeszcze dokończone, ale tak, proszę bardzo.
Artur postawił nogę na pierwszym stopniu, sprawdzając wytrzymałość.
- Nie obawiaj się. Te schody utrzymałyby z dwudziestu takich jak ty.
Już pewniej powoli wchodził po schodach, a Jody szła za nim. Za nim zrozumiałam, że stoję i gapię się jak sroka w gnat, pospieszyła mnie Jody. Szybkim krokiem weszłam na schody, gdy Artur był już na górze. Pokój wyglądał zabawnie, bo w połowie był idealnie wyrzeźbiony, a druga połowa wciąź była surowym drewnem. Tymbardziej wyglądało to zabawnie, bo miałam tylko pół łóżka. Artur i Jody też to zauważyli i roześmiali się głośo, a ja razem z nimi.
(Artur?)
Od Sylvanas cd. Jake'a
Jake jakby dostał przebłysku.
Od Jake'a Cd. Florany
Czułem się KOSZMARNIE, jednak mówiła, że to pomoże, dlatego wiem, że tak będzie. Leżałem tak już pewien czas, kiedy poczułem się lepiej. Wciąż nie było dobrze, ale nie najgorzej. Dlatego kiedy już czułem się na siłach ruszyłem w stronę Iluminatów. Tak dawno nie jeździłem już konno...
Zauważyłem w oddali Floranę.
-Flo...! -chciałem ją zawołać, jednak...
-Dzień Dobry Lord. Czegóż tu u nas szukasz? -mówił Stiquell, który kilka sekund wcześniej rzucił nożem w moje ramię. -Na naszych ziemiach? Czy to niedziwne?
-Spokojnie, nic od was nie chcę. -odpowiedziałem stosownie.
Uśmiechnął się szyderczo, a ja ruszyłem dalej.
<Florana? ^^>
Od Jake'a Cd. Sylvanas
-Ja wiem, że wciąż żyjesz... -mówiłem. -Dlaczego mówiłaś, że moje serce ma bić dla innej? Ty jesteś jedyna... -szepnąłem.
Ja wiem, że to nie koniec. Ona żyje... I jestem tego pewny...
Tylko... jak?
-Kocham cię... -objąłem ją jeszcze mocniej.
Pocałowałem ją, a rany natychmiast zniknęły.
"-Dlaczego nie mogę ci pomóc!? Dlaczego mnie broniłaś!? Nie miałaś zginąć! To ja miałem być martwy!" -wciąż powtarzałem sobie w myślach. Ułożyłem ją ostrożnie na ziemi.
-Ja wiem, że ty żyjesz, ja to wiem...
Chwyciłem jej dłoń. Sylvanas nie oddychała, ale miała puls. Jej serce biło. Powoli. Ale jednak...
Nie traciłem nadziei.
Oparłem się o ścianę. Spuściłem głowę na dół. Nie mogłem powstrzymać łez i smutku...
To moja wina, że nie mogłem jej pomóc.
-Miałeś nie być smutny. -usłyszałem...
<Sylvanas? Ludzie są tacy naiwni XD Bez obrazy XD>
Od Florany - Cd. Boreasza
- Jestem Florana. - mruknęła.
Spojrzał z dziwnym błyskiem w oku.
- Ciekawe, jak pewna roślinka która ostatnio jadłem.
- Trujące. - powiedziała nagle.
- Słucham.
- Te jagody. Masz średnio trzy dni... - zaczęła iść tyłem tuż przed nim i przyglądać się mu z uwagą. - Taaak, na pewno.
- A potem?
- Uśniesz na wieki. - wzruszyła ramionami.
Zatrzymał się a kostur pokrył lodem. Wróżka obserwowała to z mieszaniną fascynacji i lęku.
- Takie spanie musi być strasznie nudne.
- Och tak, niezmiernie. - powiedziała. - Jak dasz mi dotknąć kostur to znajdę dla ciebie odtrutkę.
Spojrzał na nią potem na laskę.
- Może.
Machnęła dłonią i zaczęła odchodzić.
- No to żegnam. Miłego snu.
- Poczekaj. - zaśmiał się ale nie poszedł za nią.
- Ha! Znalazłam.- zanurkowała w krzakach tak, że tylko nogi fikały w powietrzu. Usłyszał cichy jęk i przekleństwo. - Mógłbyś? - wyciągnęła do niego rękę.
Mag podszedł z dziwnym uśmiechem i pociągnął tak, że niemal wylądowała w jego ramionach. Była jednak zwinna i szybko stanęła w bezpiecznej odległośi. Pomachała mu przed nosem kwiatem.
- Proszę. Wystarczy jak to zaparzysz niczym herbatę.
<Bori? ^^ >
Od Lumen - Cd. Connora
- Hej, jak się czujesz?- zapytała wróżka.
- Głupie pytanie. Muszę mu pomóc.
- Tsa... a potem mi sie oberwie.
- A ty? Może uda ci się...
Florana zagryzła wargę. Mogłaby spróbować użyć Thu'um, ale jak źle wymierzy całe korytarze zwalą im się na głowę.
- Ale wiesz co? Mam pomysł. - wyszeptała wróżka i wbiegła w walczących.
Connor syknął wściekle gdy o centymetry ominął jej skrzydła.
- Do jasnej cholery Florana!
- Cicho gburze. - zaśmiała się i podskoczyła muskając przeciwników skrzydłami po twarzy.
Zaczęli się chwiać i na oczach zaskoczonego Connora upadli z jękiem. Zaraz potem spali, głośno chrapiąc.
- Nie mogłaś tego zrobić od razu?
- Przecież zrobiłam. - machnęła dłonią. - Ruszaj się, musimy ją wynieść. Chyba jest coraz gorzej. - wskazała drżącą czarodziejkę.
Już po chwili otoczyły ją ciepłe ramiona Blacka. Uśmiechnęła się leciutko.
- Chyba stąd nie uciekniemy.- wyszeptała wtulając się w jego szyję.
- Moja w tym głowa. Nie martw się.
Florana prychnęła zirytowana.
- A mnie już nikt nie przytuli.
- Ja cię przytulę, ale potem. - powiedziała z uśmiechem Lumen.
- Kochana jesteś.
- Dobra, koniec tego pieprzenia. Znajdujemy wyjście i...
Przerwał mu straszliwy świst gdzieś z przodu.
- Tak szybko wychodzisz? - nutka zawodu w syczącym głowie była aż nadto słyszalna. - Nie dobry Black. A miałeś zostać moim niewolnikiem. Cóż, zadowolę się twoją dziewczyną. Dobrze?
<Connor? Dobrze? xD >
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Od Rovneya CD Aerty
- A jak mógł byś mnie znaleźć?
- To zależało by od twojej siły woli, od tego jak bardzo pragnęła byś żyć.
- Mmm, to dosyć złożony proces.
- Owszem - przytaknął a obraz wokół nich znów zaczął się zmieniać. Powoli zaczęły wracać drzewa, krzewy, trawa i niebo. Co najdziwniejsze, byli dalej niż przed wejściem w świat iluzji.
- My szliśmy? - spytała zaskoczona.
- Tak.
- I w nic nie walnęliśmy?
- Nie pozwolił bym na to - zaśmiał się. - Iluzja nie ma dla mnie tajemnic, mogę być w niej częścią umysłu a resztę pozostawić na ziemi i wszystko kontrolować. To naprawdę przydatne i moim zdaniem dużo bezpieczniejsze, wtedy mam pewność że nie utknę tam na zawsze.
Dziewczyna już chciała odpowiedzieć ale coś ich zaskoczyła. Z drzew zaczęły zeskakiwać małpy. Stado rozwścieczonych zombie małp gigantów. Części ciała opadały im co chwile co jednak nie zmieniało faktu, że nie były przyjaźnie nastawione.
<Aerta? Padło na mały zombie XD>
Od Artura CD Enely
- Ale co?
- No tą kanapę. Jest bardzo ładnie zrobiona, ciało wygodnie się układa ale cholernie twarde coś. Szczerze powiedziawszy boli mnie du... kość ogonowa - poprawił się biorąc do ręki swoją filiżankę. Osłodził i powoli zaczął sączyć zawartość. - Całkiem niezła ta herbata. Mój ojciec ją uwielbiał.
- Uwielbiał? To już nie uwielbia?
Artur zaśmiał się serdecznie. - Wiecie co sobie uświadomiłem? Że się wam nawet nie przedstawiłem - zarechotał i jak to dworskie obyczaje nakazują, wstał i lekko się skłaniając pocałował dłoń obu dziewczyn. - Artur Pendragon, następca tronu Avalonu.
Dziewczyny skamieniały.
- Nie patrze na mnie tak jak bym powiedział coś niesamowitego, jak na razie nie mam na czym zasiadać więc tytułujcie mnie per Dowódco.
- T-tak jest dowódco.
- A co z tym twoim ojcem? - wypaliła Jody.
No teraz młody książę się nieco zirytował. - Jesteście w Avalonie i nawet nie wiecie co się stało? Został zamordowany dziesięć lat temu, jak na razie do tej pory nie udało się nam przejąć całkowitej kontroli nad krajem.
Nastała chwila ciszy, którą oczywiście młody książę musiał przerwać. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów, zapalił szluga i wsadził go w zęby. - No to opowiadajcie jeszcze, czas nam szybciej minie.
<Enely? XD>
Od Rovneya CD Leterance
- Ale co zrozumiałeś? - burknęła siadając na kamieniu niedaleko.
- To z wiewiórką. Zastanawiałaś się czy cię zrozumiałem. Owszem, nie była to ironia na zbyt wysokim poziomie - spojrzał na nią zdejmując po kolei każdą z rękawiczek. Śnieżnobiałe nakrycie dłoni schował do kieszeni marynarki. Polubił tą dziewczynę, przypominała mu żmiję - oślizgłą i jadowitą żmiję, która najchętniej zabiła cię przy pierwszym ruchu. Zastanawiał się czy już teraz przejrzeć jej umysł w poszukiwaniu informacji, czy jeszcze z tym poczekać.
- A wracając do tych szczurów, nie jesteśmy tu sami - z lekkim uśmiechem na ustach wskazał zamek za nimi. Po bliższym przyjrzeniu można było zobaczyć, że to nie kupa gruzu jak wydawało się na początku, był to naprawdę stabilny zamek wybudowany całkiem niedawno. Wszystko psuły chwasty i niewypielęgnowany ogród, no bo komu się by chciało go pielęgnować? - Jesteś w siedzibie Najemników, szczurów tu całkiem sporo.
Dziewczyna skamieniała na chwilę, ale tylko moment, zaraz znów wróciła do siebie. - No tak, inni cię nie chcieli, prawda? - spytała zgryźliwie. - Lovello, magik, marny iluzjonista wyciągający królika z kapelusza. Nie rozumiem jak w ogóle ktoś mógł cię przyjąć?
- Nie wierzę, ty naprawdę uwierzyłaś że tym zajmuję się na co dzień? - westchnął głęboko. - Młodzieńcza głupota.
- Jesteś niewiele starszy ode mnie - warknęła.
- Bardzo się cieszę, że masz mnie za tak młodego ale muszę cię zawieść.
- No mniejsza o to, a ile jest tu tych... szczurów?
- A kto to wie? Łażą wszędzie i nigdy nie można ich znaleźć, pewnie z dziesięciu a reszta robi zlecenia.
Dziewczyna prychnęła. - Marna organizacja, w ogóle to czemu istnieje? Nie jesteście przydatni, nie mieszacie się w sprawy polityczne.
- No i o to chodzi mademoiselle[mad młazel XD], nie chcemy mieszać się w politykę bo uważamy to za stratę czasu. Jesteśmy do wynajęcia, każdy może nam zapłacić a my zrobimy to o co prosi.
- Żenada.
- Żenada? Z tego co pamiętam, mieliśmy już całkiem sporo klientów z Need Evil. Ostatnio nawet wykonywałem zlecenie dla pewnej pięknej pani z Evili. Ach! I postanowiłem, że jednak uświadomię ci że nie jestem magikiem - zaśmiał się cicho. - Jestem magiem, a to już różnica.
<Leterance? Rovi ją lubi XD>
Od Carelli c.d Shanga
-Moge uznac twoje wytłumaczenie za wiarygodne, ale musisz wiedzieć że...- naburmuszyłam się cała, chciałam go już obrazić ale powstrzymałam swój język by nie używał łaciny.
-Dobra nie ważne, ale lepiej nastepnym razem uważaj jak traktujesz damę!- tupnęłam noga i ruszyłam w stronę ścieżki która prowadziła w głąb gór.
-Poczekaj.. Czy nie uważasz że to podejrzane?- zapytał mnie.
-Nie! Mnie nie insteresują intencje klienta, ani jego pożniejesze zamiary jak otrzyma swoją zgubę. Płaci dobrze? Jestem do jej usług i koniec tematu. Zrobimy to szybko a potem jeść i spać.- mruknęłam.
-Teraz polecam ci byś użył swoich skrzydeł i rozjerzał się. Panie Dragoliszu, wspaniały nieumarły smoku!- byłam nadal na niego zła i miałam zamiar się trochę powyżywać.
<Shang? Cierpliwości xD>
Od Sylvanas cd. Jake'a "Koniec?"
-Wytrzymaj...-szepnął i przycisnął ją mocniej do siebie.
Byli blisko wyjścia stąd. Kilka kroków ich dzieliło. Niestety...
Anna pojawiła się przed nimi.
-Nie zabieraj mi jej.- warknęła.
Oboje zostaje odrzuceni na boki przez strumień fali dźwiękowej. Jake syknął gdy coś wbiło mu się w plecy. Anna zmierzała z jego stronę. W ręku trzymała już kilka noży. Sylvanas próbowała się podnieść jak najszybciej. Udało jej się, stanęła słaba na ugiętych nogach. Próbowała podejść niepostrzeżenie.
-Co moja siostra w tobie widzi?- kierowała każdy z noży.
Rzucała oddzielnie. Każdym nietrafnie. Został jej jeden.
-Jesteś śmieciem jak ona.- zaśmiała się złowieszczo i rzuciła ostatni z noży tym razem celnie.
Sylvanas wzięła ostrze na siebie. Wbiło jej się w klatkę piersiową.Przy sercu. Jęknęła cicho i wyjęła ostatkiem sił ostrze z ciała. Zachwiała się lekko i upadła na ziemię.
-Głupia.- syknęła zadowolona i zniknęła w strudze czarnego dymu.
-Sylvanas!- Jake podszedł do niej już cały.
Wokół rany pojawiła się czarna obwódka. Trucizna. Chłopak wziął ją na ręce.
-Jake...- szepnęła cicho.
Z jego oczu leciały łzy. W tej sytuacji marne były szanse by zdążyć.
-Nie płacz, nie lubię jak się smucisz...- uśmiechnęła się mimowolnie.
Było jej ciężko mówić. Oddech prawie znikał.
-Wyciągnę Cię stąd, obiecałem.-mówił przez łzy.
- Proszę, nie płacz. Nie chcę cię widzieć smutnego.- trzęsącą się ręką dotknęła jego policzka.
Ten stanął i spojrzał na nią. Próbował się uśmiechnąć, ale jak?
-Chcę cię przeprosić. Chcę cię przeprosić, że cię w to wpakowałam nieświadomie. Chcę cię przeprosić za wszystkie przykrości z mojego powodu. Za wszystko co złego ci wyrządziłam.
-Nie zostawiaj mnie tu, proszę.- wyszlochał.
-Nie płacz, nie chcę żebyś się smucił,nie lubię jak się smucisz.- uroniła łzę.
Czarna plama w miejscu rany stawała się coraz większa. Sylvanas coraz bardziej bladła. Ledwie mogła unieść rękę. Dotknęła opuszkami palców miejsca, gdzie znajdowało się jego serce.
-Mam nadzieję, że kiedyś będzie biło dla innej tak mocno jak dla mnie,że nie będziesz się smucił, że mnie już nie ma, że mimo wszystko będziesz potrafił powiedzieć coś o mnie bez smutku w oczach.- skóra zdawała się jakby była z porcelany. Usta powoli zaczęły zasychać.
- Nie mów tak... zdążymy, proszę wytrzymaj Sylvanas! Proszę!
-Kocham cię... -ręka opadła bezwładnie.
Oddech ustał.
Od Jake'a Cd. Sylvanas
-Stój! -krzyknęła kobieta i wyciągnęła zza siebie nóż kierując go w stronę dziewczyny. -Jeden krok, a ją zabiję! Nie chcesz tego, prawda!? Masz się odsunąć!
Sylvanas patrzyła na mnie przestraszonym wzrokiem. Nic nie mówiła, miała łzy w oczach. Nie mogła nic zrobić.
-Nie mam na to czasu... -wymamrotałem.
Byłem pewien, że magia zaczęła działać. Jeśli się jednak myliłem... to był NASZ koniec.
-Sprzeciwiasz się!? Więc dobrze! -zostawiła Sylvanas i rzuciła nożem w moją stronę.
-Jake nie...! -zawołała.
Uważa, że jestem nikim? Myśli, że taki nóż załatwi sprawę?
Rozłożyłem skrzydła i uniosłem się wysoko w górę.
-Więc jednak coś potrafisz. Siostrunia może jednak ma dobry gust?
...siostrunia? Dlaczego... Ja nie mogę jej nic zrobić...
Opadłem na ziemię. Odsunęła się dalej. Teraz była dalej ode mnie.
-Teraz się dowiedziałeś? Zlitujesz się nade mną? Masz słabą psychikę... -spojrzałem na Sylvanas oczekując jakichkolwiek znaków.
-Jake... proszę... pomóż mi... -szepnęła.
Moje myśli nie wskazywały na to, bym miał ją zabić, jednak nie mogłem jej też skrzywdzić.
-A chciałam się z tobą trochę zabawić... -powiedziała oburzona.
Chwyciła za ostrze i trafiła nim w mój brzuch. Skuliłem się, ból był ogromny.
-ŻENADA. Gdybym teraz ją zabiła co byś zrobił? Też byś umarł, bo ją kochasz? Opłakiwał? Wskrzeszał? Nie jesteś jej wart. Mimo, że jej nienawidzę, to TY jesteś NIKIM.
Uśmiechnąłem się szyderczo.

-Nie będzie nawet blizny... -cicho powiedziałem, po czym moja rana zniknęła.
-Więc jednak coś się będzie działo!? No więc dajesz! -była pewna siebie.
Rana Sylvanas wciąż krwawiła (NIE, tym razem jej nie polizał XD...). Nie można było tego tak zostawić, a na opatrunki nie było czasu.
Podszedłem do niej i chwyciłem ją za ręce. To było pewne, że siostra skorzysta z okazji by nas zabić, dlatego osłoniłem nas skrzydłami. Musnąłem (HA XD) ustami jej rany, które po chwili zniknęły.
To nie był koniec. Było jej ciężko oddychać, nie mogła wstać.
-Wytrzymaj jeszcze chwilę... wyjdziemy stąd. -delikatnie się uśmiechnęła. -Nikt nie będzie umierał... -dodałem.
Wytworzyłem nad Sylvanas mglistą "tarczę", która miała chronić ją przed atakami. (To dotyczy tego co Ci wysłałam na privie XD).
Od Esdeath Cd. Ingwara
Siedziałam wpatrzona w niebo, a raczej w jego tysiące gwiazd i wsłuchiwałam się w odpowiedzi Cedrika.
- Więcej jestem w stanie dowiedzieć się jednego wieczora od ciebie, niż z kilku nocy spędzonym z starodawnymi księgami - powiedziałam wzdychając.
- I dodatkowo moje słowa są chyba bardziej wiarygodne niż książki, racja?
- Może i masz racje, ale w ten sposób prędzej zostanę szpiegiem na przesłuchaniu, niż uczoną - powiedziałam moim typowym bez emocjonalnym tonem.
Chłopak poderwał się i spojrzał prosto na mnie. Jego wyraz twarzy był zdziwiony, i tylko czekałam aż zamieni się w taki, który za chwile ma wybuchnąć śmiechem. Lekko rozbawiła mnie ta sytuacja, ponieważ Cedrik widocznie wziął to na poważnie.
- Chcesz być uczoną..? - zapytał ostrożnie.
- Spokojnie, to było tylko takie porównanie. Jestem wojowniczką, a nauka jest tylko moją pasją. Moc miecza przewyższa moc księgi, lecz złączone tworzą potęgę, racja? - lekko się uśmiechnęłam, lecz nadal nie zmieniałam tonu głosu. - Przepraszam, odciagam nas od tematu. Powiedz mi jeślibym cię teraz zaatakowała z zaskoczenia a ty byś nie zdążył zareagować to twoje ciało przyjęłoby mój cios, czy odrzuciło ostrze? - kontynuowałam.
- Gwarantuje ci, że nie dałabyś rady mnie zaskoczyć. A nawet jeśli, to prędzej złamiesz sobie miecz niż przetniesz moją skórę.
- Imponujące!
Nastała chwilowa cisza. Odchyliłam głowę w górę i położyłam się na trawie. Patrząc w gwiazdy rozmyślałam nad tym jak wygodna musi być ta umiejętność, zero zmartwień dotyczących ataku z zaskoczenia, naprawdę cudowne. - A ty? Cały czas mówimy o mnie, więc powiedz mi coś o sobie.
- A co chcesz wiedzieć?
- Nie wiem... Może powiedz mi o swojej rasie, tak jak ja mówiłem o mojej. Jak zrobiłaś ten łuk?
- Jestem człowiekiem, magiem. Moim żywiołem jest lód, a domeną tworzenie. W prawdzie podczas walki magi nie używam, tylko tego co stworze, mówię oczywiście o broniach jak ten łuk i strzały wczoraj. Na co dzień nie posługuje się łukiem, z którym wprawdzie strzelam jak ślepiec, natomiast lodowym sztyletem Saliber... - wystawiłam dłoń przed siebie i zdjełam rękawiczkę, moje oczy błysnęły nasyconą czerwienią, a na mojej ręce utworzyła się chmura ciekłego azotu. Z niej natomiast dostojnie wyłaniał się sztylet, od bogato zdobionej rękojeści, aż po ostre niczym brzytwa lodowe ostrze, które nieustannie tworzyło chmure ciekłego azotu.
- Nee, Cedrik - moje czerwone oczy bez emocjonalnie wpatrywały się w ostrze. - Opowiedz mi teraz coś o sobie, nie o Bouverach...
Noc coraz bardziej zbliżała się ku końcowi, a ja chciałam odpowiedzi na jeszcze tak wiele pytań. Lecz czy powinnam je zadawać?
<Cedrik? >
Od Lilian Cd. Shanga
-Jeszcze tu jesteś?
Myślałam że sobie pójdzie. Ludzie z założenia nie lubią milczenia. Zwykle w takich sytuacjach próbują zagadać lub po prostu odchodzą. Shang jednak tylko kucał i cały czas mi się przyglądał.
<Shang?^^>
Od Aileen Cd. Sebastiana
-A skąd wiesz? Mam swoje kontakty. Popytam się to tu, to tam. Może się dowiem.
-Nie powiedzą ci więc nawet nie próbuj.
-A ja myślę że jednak podejmę ten trud.
Rozparłam się w fotelu i dodałam.
-Lubię zagadki, a jeszcze bardziej je rozwiązywać.
-To tym razem się zawiedziesz. Nie dowiesz się tego.
Uśmiechnął się znowu.
Przewróciłam oczami.
-I tak spróbuję.
Za bardzo mnie to ciekawiło żeby pozostawić tak te zagadnienie.
<Sebastian?^^>
Od Fannygail Cd. Aerty
-A ciebie co tak bawi?- Warknęła zła.
-Wybacz, ale przypomniałam sobie jaka zła byłaś wczoraj i na przykład teraz. Nie można nazwać tego brakiem uczuć.- Wyjaśniłam.
-Niby tak, ale to nie miłość, ani przyjaźń.- Mruknęła nieco przygnębiona.
-A ten smok do którego lecimy? Mówiłaś że to tak jakby twój brat. Ale musisz go lubić skoro go za takiego uważasz.
-Hej psycholog, myślę, że jednak znam siebie lepiej. Więc nie wymyślaj mi tu teraz wymówek, jasne?- Burknęła niezadowolona.
-Dobrze, dobrze. Ale myślę że jesteś w błędzie.- Wzruszyłam ramionami, co trochę nią wstrząsało.
-Ty nie myśl tylko ląduj, już jesteśmy.- Spojrzałam i zataczając koła wylądowałam w wskazanym miejscu.
<Aerta?>
Od Fannygail Cd. Aileen
Zapikowałam w tę stronę. Zauważyłam również biegnącą w tamtym kierunku kotkę. Aileen zapewne widziała to co ja. Z głośnym pomrukiem spod ziemi wyłonił się czarny stwór. Miał potężna szczękę, krótkie nóżki i małe oczka. Zawył odchylając łeb w tył. Wylądowałam przed nim rozkładając skrzydła i rycząc by zwrócić jego uwagę. Był mojego wzrostu, choć nieco masywniejszy.
-Nie możemy pozwolić mu zejść pod ziemię.- Zakomenderowałam. Dziewczyna przytaknęła i strzeliła w potwora, który zwrócił się ku niej. Znów zerwałam się do lotu by raz po raz atakować pazurami spadając mu na grzbiet.
<Aileen?>
Od Asami
Osiadłam pod fontanną i wyjęłam szkicownik.
Zaczęłam szkicować przechodniów, nie było to łatwe, ciągle się ruszali, ale czego się tu spodziewać.
Mgiełka ułożyła się na moich kolanach.
- Co rysujesz? - usłyszałam głos za sobą.
Odchyliłam głowę by zobaczyć kto to, jednak nikogo tam nie było.
- Mogę, przysiądź że kogoś słyszałam. - mruknęłam.
Odwróciłam się znowu w stronę przechodniów.
Nagle ktoś wyrwał mi szkicownik, to był chłopak.
Kotka zeskoczyła mi z kolan.
- Całkiem, niezłe. - zaczął przeglądać moje szkice.
- Możesz, mi to oddać? - spytałam niepewnie, wyciągając rękę.
Nieznajomy uśmiechną się kapryśnie i oddał mi moją własność, jakby od niechcenia.
<Jakiś pan ? ^^>
Od Narcyzy Cd. Tibora
- Co to? - spytałam.
- To... - nie wysłowił się.
Patrzył cały czas w stronę odchodzącego stworzenia.
Nie wiedzieć czemu, ciągle trzymał mnie w talii.
- Możesz już mnie puścić. - powiedziałam.
- Hę?
Wskazałam głową na jego rękę, puścił mnie.
Duch dziwnie na nas spojrzał.
- Jak ja z Tobą wytrzymuje? - spytałam retorycznie.
- Po prostu, mnie lubisz. - zakpił.
Spuściłam wzrok, nic nie odpowiadając.
- Chodźmy. - powiedział lekko zmieszany.
Szłam obok bruneta. Zerkałam na niego kątem oka.
Wyglądał na zamyślonego, ciekawa o czym tak myśli?
Zauważyłam że zaraz, nadepnie na pułapkę.
- Tibor...! - wybiegłam przed niego.
Z podłogi wysunął się kolec, który przebił mi stopę.
Automatycznie złapałam się za nogę, nie utrzymałam przy tym równowagi i razem z stojącym za mną chłopakiem, upadliśmy na ziemię.
- Panienko! - Nic Ci nie jest? - spytał duch.
- Nie, Tibor zamortyzował upadek. - powiedziałam.
Chłopak wstał i otrzepał się z brudu, po czym pomógł mi wstać.
- Dzięki. - Możesz mówić że na Ciebie poleciałam.
- Twoja... - wskazał na moją stopę.
Dopiero wtedy zorientowałam się że stoję w kałuży krwi.
- Dasz radę chodzić?
Spróbowałam zrobić kilka, kroczków jednak każdy z nich kończył się upadkiem.
<Tibor?>
Od Boreasza CD Malthaela
Rakanoth zaczął klaskać. Lodowy mag odsunął się nieco. - Tylko mnie nie całuj - mruknął spuszczając wzrok.
- Słucham?
- Wiem, że może to być dla ciebie trudne...ale...ale po prostu mnie nie pociągasz - odparł ostrożnie jak chłopak, który nie chce zrobić dziewczynie przykrości przy zerwaniu. - Jestem światom tego jak bardzo może cię to teraz boleć ale ja naprawdę wolę kobiety, przepraszam. Możemy zostać przyjaciółmi.
- O czym ty pieprzysz?
- No-no a ty o czym?
Rakanoth wskazał na powoli podnoszącego się demona.
Boreasz patrzył to na jednego demona, to na drugiego. - Zgłupiałem Lili. To on nie złożył mi niemej propozycji matrymonialnej?
- Jakiej propozycji matrymonialnej? O czym ty gadasz?!
Mag widząc, że sytuacja robi się nieciekawie - odpuścił i zwinnie wymknął się Ratiemu i schował za plecami Malthaela. - Boję się go... - wyznał cicho, tonem niedoświadczonej nastolatki. - A właśnie! Dzień dobry, miło mi że powrócił pan do żywych. Czy taniec słońca oczyścił pana umysł?
Oh, rytuał do Boga Słońca to było najlepsze kłamstwo jakie wymyślił w ostatnim czasie, potem - gdy będzie sam, pewnie popłacze się biedny ze śmiechu.
- Taniec? - warknął demon. - Zapłacicie za to. Ale może potem... jestem zmęczony.
- A jak się nazywasz królewno jeśli łaska?
- Malthael.
- Ło, to się rozgadał - mruknął pod nosem drapiąc się w głowę swoją laską. - Ja Boreasz, lodowy mag. Idziemy się napić, żeby uczcić powodzenie rytuału?
<Malti? Boże, męska przyjaźń wisi w powietrzu XD>
Od Daichiego Cd. Letrance
-Rozumiem! Mogłaś od razu powiedzieć, że mam stąd wyjść! -wstałem z krzesła, na którym siedziałem.
-Nie musisz wychodzić. Tylko bądź cicho. -spuściła głowę na dół, po czym odwróciła się,by wrócić do miejsca, gdzie wcześniej przebywała.
-Letrance! -chwyciłem ją za dłoń. -Zostań tutaj. Chodź tutaj!
-Nie chcę...
-Proszę! Nie chcę tu siedzieć sam... -powiedziałem udając oburzonego.
-Ech... dobra. Wrócę tylko po moje książki...
Ucieszyłem się.
Letrance wróciła po krótkiej chwili.
-Lubisz poezję? -zapytała po pewnym czasie.
-Poezja? To jest jakoś tak dziwnie pisane... dziwne słowa... -spojrzała na mnie, jakbym właśnie zabił jej rodzinę. -Kompletnie tego nie rozumiem, ale podoba mi się. Czemu pytasz?
<Letrance? ^^>
Od Rakanotha - Cd. Selene
Dziewczyna wzięła je delikatnie i uśmiechnęła się lekko.
- Co mam z nim zrobić?
- Powiedziałbym jajecznice ale byś mnie uderzyła. - zaśmiał się widząc jej minę. - No już dobrze. - pogłaskał jej policzek. - Musisz do niego szeptać przed snem. Jakby świat nie miał cię usłyszeć. Cokolwiek. A wykluje się to, czego potrzebujesz.
Wpatrywała się zachwycona.
- Dziękuję.
Machnął niedbale ręką.
- Ech, przestań bo przywyknę i rogi stracę. - puścił do niej oko. - A teraz aniołku, jak masz nieco czasu, chętnie pokażę ci lotników.
Zmarszczyła brwi.
- Co?
Podszedł niepokojąco blisko. Nie odsunęła się jednak.
- Ptaki wielkości koni. Jak będziesz grzeczna to może na nich polatasz.
<Selene? ^^ >
Od Rakanotha - Cd. Boreasza
- Myślisz? Jak dla mnie to całkiem... - chyba powstrzymał się w ostatniej chwili przed użyciem innego słowa. - ...ciekawe. Taaak. O! Zobacz mrugnął!
- Nieee. - mruknął Rakanoth przyglądając się uważniej. - Wsadziłeś mu prawie palec do nosa.
- Szczegóły. Ech wy ludzie małych umysłów. - pokręcił zniesmaczony głową.
Rakanoth spojrzał ostro.
- Nie zapominaj się. Człowiekiem to ja nigdy nie byłem.
- Kondolencje.
Mina Alduina była warta wszystkiego. Otrząsnłą się szybko i odchrząknął.
- Nie każ mu tego robić! To... dziwne.
- Ale może zadziała.
- Jaaasne. Może wyślemy go do tej dziewczyny aby odtańczył coś na stole?
- Niezły pomysł. Na pewno byłaby zaskoczona.
- Może. - zamyślił się demon. - No dobra, ja go biorę za ręce ty nogi.
- Nie.
- Chym?
- Wolę skrzydła.
- Nie ćwiartujemy go jak indyka na święta!
- Ale mu je połamiemy w locie. - sprzeczał się Boreasz.
- Nie będziemy latać.
- Teleportacji nie toleruję. - pomachał rękoma.
- Nie dramatyzuj, przeżyjesz. - powiedział z uśmiechem demon.
Podszedł do śpiącego i zatarł radośnie ręce. Dopiero teraz spostrzegł wpatrzone w siebie wściekłe oczy.
- Jak mnie dotkniesz, zabiję. - wyszeptał Malthael.
- ZADZIAŁAŁO! - krzyknął i podbiegł do zdumionego maga. Ucałował go w policzki, ściskając. - Jesteś genialny! Taniec słońca działa!
<Bori? xD Hehe >
Od Edgona Cd. Isabelle
- Zdrajca?
- Tak. Zdradził Zakon.
Pokiwałem głową. Nie chciałem się w to mieszać. Nie moje sprawy. W pewnym sensie ją podziwiam, że odmówiła wysokiego stanowiska w Radzie. Mi zawsze zależało żeby wzrosnąć w hierarchii, ale jak widać nie zaszedłem daleko. Ech…
- A ty?
- Co ja?
- Zmiennokształtni mają jakiś wrogów? Sojuszników?
Parsknąłem.
- Zazwyczaj raczej trzymamy się na uboczu. Kiedyś mieliśmy mini wojenkę z wilkołakami. Uważali, że to niegodne zmieniać się w zwierze tak… od urodzenia. Nie pamiętam dokładnie o co chodziło. To było dawno. Teraz staramy się nie wchodzić nikomu w drogę. Nie jest dużo zmiennokształtnych, oszczędzamy się. Sojuszy też unikamy. Nie ma co się z kimś sprzymierzać, bo też nie wynika z tego nic dobrego.
Isabelle przekrzywiła głowę.
- Dlaczego?
- Często sprzymierzeńcy stają się wrogami. Wystarczy drobna kłótnia i z sojuszu nici.
- Rozumiem.
Wyjąłem z kieszeni cygaro i podpaliłem. Już po chwili w powietrzu unosiła się smużka dymu.
<Isabelle? Palacz jeden *o*>
Od Sylvanas cd. Jake'a
-Uciekniemy stąd. Obiecuję.- musnął ustami jej czoła i objął ją mocniej, czując zimno bijące od niej.
Jake dawał jej jakąś nadzieję, że uda im się stąd wydostać. Dopiero teraz zauważyła, że nad nimi stoi strażnik. Zakuł ją w kajdany i zaczął wyprowadzać. Znalazła się w tym samym gabinecie co wcześniej. Na niebieskim dywanie jeszcze widniały krople jej krwi. Przeszeł ją lekki dreszcz o tamtym wspomnieniu. Powtórnie posadzili ją na krzeszło. Mężczyzna uśmiechnął się chytrze. Wstał z miejsca i rękoma oparł się o mahoniowe biurko. Z jego twarzy nie schodził uśmieszek. Wokół niego zaczęły się pojawiać czarne wstęgi, otaczając go. Siwe włosy wydłużyły się i zmieniły kolor na jasne błękit. Uszy stały się szpiczaste, a usta kobiecie, tak jak i figura. Sztuczka z przemianą... siostra Sylvanas zawsze ją stosowała.
-Anna...- szepnęła z niedowierzaniem.
-No proszę, siostrzyczko nie zmieniłaś się, nadal jesteś głupia jak ten twój kochaś.-Sylvanas gwałtownie drgnęła, poczuła gniew, który coraz bardziej przeszywał jej ciało.-Nawet sztuczka z pijaństwem się udała, oczywiście poszło by o wiele łatwiej, gdybyś znalazła jakiegoś naiwniaka.- podeszła do niej i ścisnęła jej policzki.
-Odpieprz się!- warknęła próbując się uwolnić z uścisku.-Czego ty ode mnie chcesz?!-Anna uśmiechnęła się nieznacznie, jakby przypominała sobie dawne czasy.
-Zemsty.- szepnęła i puściła ją.
Skierowała się w stronę okna i wyjrzała przez nie.
-Sama sobie wystrugałaś taki los. Gdybyś nie...
-Gdybym co?! Gdybym nie broniła tego co było szłuszne nie wylądowałabym w lochach?!
-Dla ciebie dobrą decyzją było zniszczyć portal, który miał posłużyć jako ewakuacja dla mieszkańców?!- krzyknęła lekko uchylając się do przodu.
-Nawet nie potrafiłaś sobie przypomnieć klucza, którego dostałaś jako generał, co? Tak bardzo cię to wszystko obchodziło. - syknęła niebiesko włosa, zaciskając podrapane pięści. -Ojciec zawsze miał cię za lepszą, bo byłaś silniejsza i byłaś lepszym strategiem! Oczywiście za twoje dokonania dostałaś stanowisko należące się mnie!
-Dobrze wiesz, że jestem starsza i ojciec uznał, że lepiej będzie mi to powierzyć! Byłaś zawsze uparta, rozpuszczona i przeginałaś z alkoholem! Sprowadziłabyś zgubę na Silvermoon!
-To ty jednak zniknęłaś! Wszyscy cię tak kochali, wszyscy myśleli, że umarłaś. Wtedy i by było lepiej. Czemu ci głupcy cię nie zabili?- szepnęła nieprzyjemnie.
Sylvanas wzięła głęboki oddech.
-To ty ich wysłałaś? Sprowadziłaś na tych ludzi śmierć, aby się mnie pozbyć?! Tych cholernych nekromatów, aby się mnie pozbyli?!
-A ty wyssałaś z nich dusze jak cię torturowali. Tak, już to słyszałam. Mówiłam, aby cię wykończyli od razu.
-Za jakieś jebane stanowisko chciałaś zabić własną siostrę!
-I teraz skończę to co zaczęłam!- uderzyła ją w twarz, krzesło przewróciło się.
Na czas jednak Sylvanas zorientowała się, że zaklęcie, które sprawiało, że w budynku nie dało się użyć magii zostało zdjęte, niestety ta miała wciąż na sobie kajdany, więc jej sztuczki były ograniczone. Podłoga została przerwana przez pnącza. Związały Annę, a czerwonooka wstała i szybko skierowała się w stronę wyjścia. Usłyszała rozrywanie i głośny śmiech. Po chwili Anna dogoniła ją. Struga błękitnego światła poleciała w stronę Sylvanas. Przy trafieniu ta padła na ziemię i syknęła lekko. Zaczęła się czołgać po podłodze.
-Gdzie uciekasz siostrzyczko? - mruknęła z pogardą.
Kopnęła ją w brzuch i okrążyła ją. Kucnęła nad nią i pokręciła niezadowolona głową. Wyjęła z kieszeni nożyk i przejechała po obu rękach. Ta nie dała rady się ruszyć, gdyż zielone pnącza przygwoździły ją do podłogi. Moc również była na skraju wyczerpania.
-Od czego, by tu zacząć, co Sylvanas?
-Wypuść mnie!- oczywiście, ten rozkaz był głupi, ale zawsze można było spróbować.
Anna roześmiała się tylko. Stanęła nad nią i uniosła władczo rękę. Oczy Sylvanas zrobiły się szare i przerażone. Z jej ciała zaczął się wydobywać strumień jasnego światła. Ból wiercił jej ciałem, gdy ta próbowała się wyrwać. Z jej ust wydobył się głośny jęk, który poniósł się echem po lochu. Krzyk był głośniejszy z każdą chwilą, jej siostra wydobywała z niej resztki mocy jaka jej została.
<Jake? XD Uratuj biędną Sylvanas >:D XD >
Od Tibora - Cd. Narcyzy
Stanąłem nagle gdy kościany sztylet rozświetliło upiorne światło.
- Coś się zbliża. - syknąłem.
- Cudnie, kolejne potwory?
- Wystarczy ten jeden. - puściłem jej oko.
- Dlaczego ja właściwie poszłam z tobą?
- Bo wolisz mnie niż towarzystwo umarlaków w oberży?
- Tsaa...
- No dobra, może to złe porównanie. - uśmiechnąłem się patrząc na ducha.
- Nie miewasz normalnych dni? Gdy nic nie chce cię zabić?
- Nie.
Uciszyłem ją kładąc rękę na ustach a drugą złapałem w talii. Pisnęła gniewie. Wskazałem głową coś ciemnego sunącego korytarzem. Minęło nas zaledwie centymetry i poszło dalej. Przypominało zbitek sierści, kołtunów i starej odzieży. Śmierdziało jakby coś tam zdechło i wiedziałem, że to prawda. Takie stworzenia robili nekromanci gdy uczyli się dopiero ożywiania. Coraz bardziej nie podobała mi się ta sytuacja.
<Narcyzo?>
Od Aerty-cd Fannygail
-Jeśli chcesz..To mów-odpowiedziała mi
-Jakoś 220 lat temu miałam normalne życie. Wszystko byłoby dobrze. Oczywiście. Mieszkałam w biedniejszej części tego królestwa. Walczyłam z głodem i innymi. Wtedy jeszcze starałam się żyć. Nie miałam przyjaciół rodziny. Nikogo. Byłam sama. A powiedzmy że prowadziłam i prowadzę pewien interes na boku. A przez to, że go prowadziłam, co i tak zmusiło mnie życie zostałam zamordowana.-powiedziałam. Dziwnie się poczułam- Ale jakiś debil musiał mnie uratować zamieniając mnie w demona
-Uratował ci życie
-Dał inne. Wszystkie uczucia zostały w tamtym życiu-powiedziałam i wróciłam do historii- A żyję teraz te 220 lat i przez ten czas ani razu nie poczułam nic. Nie wiem co to znaczy przyjaźń, którą się gdzieś spotyka. Nie wiem co to znaczy kiedy komuś na kimś zależy. Nie wiem nawet co to znaczy ta miłość którą wszędzie widzę. Nigdy nie usłyszałam nawet takich słów jak "kocham cię". Nie zaznałam miłości matki czy innego członka rodziny. A ni też żadnej innej osoby. A skoro tak. Uważam po prostu, że nie warto żyć. Bo skoro nie rozumiem nic jestem tylko pustą skorupą. Nikt nie tchną we mnie tego prawdziwego życia. Nieraz myślałam żeby spróbować się zaprzyjaźnić czy pokochać. Wszystko kończyło się źle. Nie potrafiłam i nie potrafię...
<Fannygail?>
Od Aerty-cd Rovneya
-Ciekawa iluzja. No a za razem ta twoja prawda, ale przecież byłam już na tym pogrzebie, albo gdzieś łaziłam.
-Albo? Czyli nie byłaś na jego pogrzebie?-powiedział jakby zdziwionym głosem. Ale wszyscy tak reagowali, a nawet gorzej. Bo przecież to był Samuel Pendragon.
-Nie wiem, na pogrzeb chodzi się z dwóch powodów. Bo się musi, lub bo się cierpi. Ja byłam z pierwszego powodu więc się nie dziwię.
-Ale inni dziwili się ciebie? Tak wnioskuję po twoim tonie głosu-powiedział jakby był wszechwiedzący
-Może rozmawiajmy o twojej nicości?-uniosła brew aby zmienić temat
-To nicość. Serio chcesz o niej rozmawiać?
-A dlaczego nie. Najpierw byłam z tobą na pogrzebie i niby czułam to co ty w tamtej chwili. Ale, ale jednak wolę pogłębiać wiedzę. Nawet o pustce czy nicości.-mówiła dalej. Wolała prowadzić rozmowę gdy chce się czegoś dowiedzieć. Wiedziała jednak, że ta rozmowa może być trudna. Mag, iluzjonista. Aż ręce opadają gdy ktoś chce się dowiedzieć czegoś w co nie wierzy, a taka ona jest- Na przykład nicość. Co by się stało gdybym puściła twoją rękę będąc tutaj?-spytała unosząc brew. Popatrzyła na blondyna i nie minęła chwila i otrzymała odpowiedź
<Rovney?( Teraz mam nicość do tego cd xd)>
Od Enelyi - C.D. Artura
- Dawno temu, mieszkałyśmy w lesie, w domu takim jak ten, tylko trochę większym. Wychowywałyśmy się z rodzicami i setkami innych elfów. Wszyscy żyli w zgodzie, no po prostu sielanka. Jednak z czasem gdy Jody rosła.. - tu mi przerwała.
- Elfy zaczynały we mnie widzieć istotę inną niż elfy. Byłam zupełnie inna..
- Tak.. Poiła się tylko moją krwią, żeby jej nie zdemaskowali. Tak żyłyśmy przez kilkadziesiąt lat, miałam męża, a Jody mieszkała u mnie, w pokoju gościnnym. Pewnej nocy dowiedziano się o śmierci jednego z elfów..
- I tak był niedobry.. - burknęła Jody.
- Od razu pomyślałam że to ona. Pobiegłam do pokoju, ale jej tam nie było. Stała przed sądem. Gdy ja biegłam do Jody, do mojego domu weszły elfickie wojska i mój mąż w niewyjaśnionych okolicznościach zmarł. Prawdopodobnie na zawał. W każdym razie sąd wygnał Jody, a ja poszłam z nią, co już chyba wiesz.
- Tak - przytaknął Artur.
- Potem kilka lat się błąkałyśmy i szukałyśmy domu. No i w końcu trafiliśmy do Avalon. Popytaliśmy tutejszych. Jakaś starsza pani wyjaśniła nam, co się dzieje. Wiedziałyśmy czego chcemy, no i potem trochę pobłądziłyśmy szukając głównej siedziby Iluminatów. - zakończyłam.
- Chcesz wiedzieć coś jeszcze? - zapytała Jody.
(Artur?)
Od Leterance CD Rovneya
O nie, wiedziałam, że tak tego nie zostawię. Zemsta będzie słodka. Pozbierałam się z ziemi. Tamte wariatki były w takim szale, że nie zauważyły, że po kimś depczą... Gwałtownie otrzepałam się i wściekła poszłam przed siebie. Po chwili jednak szybko zawróciłam. Zapomniałam wziąć karteczki z adresem. Znalazłam ją dokładnie w tym samym miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą leżałam rozłożona. Porwałam ją do ręki i przeczytałam adres napisany dość starannym jak na mężczyznę pismem. Wscisnęłam świstek do kieszeni w mojej sukience po czym powoli udałam się na umówione spotkanie. Szłam bardzo wolno. Niech nie myśli, że mi zależało żeby się z nim spotkać. Chciałam go po prostu zmieszać z błotem. Ot co.
Miejsce, do którego się udałam, okazało się być na totalnym zadupiu. I do tego ruina. Brak drzwi, okien, ogromna dziura w dachu... Normalnie jak w jakimś horrorze. Zaśmiałam się. Być może jakieś naiwne dziewczę by się przestraszyło. Ale nie ja. Pewnie szłam przed siebie.
-Spóźniłaś się-usłyszałam głos za sobą. Zaśmiałam się pod nosem.
-Ja się nie spóźniam. To inni przychodzą za wcześnie.-odpowiedziałam całkiem poważnie. Bo w końcu ja mam się dostosowywać do jakiegoś człowieka? Mowy nie ma.
-Jednak przyjęłaś moje zaproszenie.
-Tak bym tego nie nazwała. Bardziej jest to samodzielnie podjęta decyzja o poświęceniu Ci tych kilku minut mojej uwagi.-W końcu tyle to mnie chyba nie zbawi? Prawda?- A tak w ogóle to nigdy bym nie przegapiła okazji by Ci nawrzucać-odpowiedziałam. No bo w końcu on musi wiedzieć kto tu rządzi. A rządzę ja.
-Jesteś coś bardzo pewna siebie-powiedział bawiąc się swoim kapeluszem w ręku.
-A niby czego mam się bać? Jedyne żywe stworzenie jakie tu jest, z wyjątkiem mnie, to zwykły szczur, który ucieka gdy tylko wyczuje zagrożenie.-odpowiedziałam złośliwie.
-Czy ja Ci wyglądam na szczura?-spytał unosząc lewą brew do gòry.
-"Nie możesz się zaprzyjaźnić z wiewiórką. Wiewiórka to szczur w lepszym wdzianku."-szczerze mówiąc nie wiem czy zrozumiał. I jakoś nie interesowało mnie to za bardzo.
<Panie Kapeluszniku? Oczywiście, że nie przegapię takiej okazjiXD>
Od Tibora - Cd. Isabelle
- Poltergeisty? - zapytałem z lekkim uśmiechem i wskazałem lewitującą kłodę.
Dziewczyna zbladła gdy zobaczyła, że zgniły pień zaczął lecieć w naszą stronę. Był wielki i nabierał prędkości. Wydobyłem sztylet.
- Stój. - syknąłem.
Duch jak na komendę przystanął a kłoda upadła z głośnym chlupotem. Smród był odrażający. Byłem do niego przyzwyczajony ale to nie oznaczało, że go lubiłem. Dusza z głośnym świstem ponownie wniknęła w zieloną toń.
- A no są. - mruknąłem chowając broń.
- Obrzydlistwo. - usłyszałem jej szept.
Nie wytrzymałem i uśmiechnąłem się.
- Tędy. - wskazałem niewidoczną ścieżkę.
Nie mogli widzieć mnóstwa maleńkich ogników które latały wokół. Wskazywały mi drogę i drwiły jednocześnie. Nie przepadałem za tymi rejonami. Za dużo nierównowagi a ja byłem tylko jeden. Poszła za mną wraz z bratem. Kilka razy omal źle nie skręciłem. Wystarczył jeden krok i wylądowalibyśmy po uszy w brei. A kto wie co ją zamieszkiwało? Poczułem zimny pot na plecach gdy mijaliśmy drzewo wisielców. Taaak, uroczy widok. Było olbrzymie i nienaturalnie powykręcane, jakby w wiecznej agonii. Nieszczęśnicy których tu powieszono wciąż trwali na posterunku, przyczepieni do własnych kości. Wodzili za nami smutnym wzrokiem.
- Zaraz dojdziemy na cmentarz. Przynajmniej będzie sucho. - powiedziałem z prawdziwą ulgą.
<Isabello? :3 >
Od Jake'a Cd. Sylvanas
-Przestań się nią już tak przejmować! Ona pewnie już nie żyje...
-Co ty jej zrobiłaś!?
-Było łatwo ją wkręcić w te wszystkie zabójstwa...
Ona jest pijana, czy głupia?
Zacząłem rozwiązywać sznury, które miałem zawiązane... marnie mi to szło, jednak się udało.
-Zostań! -krzyknęła.
Uderzyłem ją w twarz. Kobiet się nie bije... jej się należało.
-Straże! -zawołała, a ja wbiegłem w długi korytarz.
Moje nadnaturalne umiejętności w tym miejscu nie działały.
Strażnicy zaczęli mnie gonić. Moja ucieczka skończyła się w miejscu, gdzie uzbrojeni mężczyźni zapędzili mnie w kozi róg. Przybyła także nieznajoma.
-Kretyn z ciebie, wiesz? Straże, zamknąć go. Sędzia zajmie się fałszywymi oskarżeniami.
-Ty... udawałaś... -żołnierze chwycili mnie mocno za ręce.
-Oczywiście, że tak. Chociaż, wiesz...? Jesteś całkiem przystojny, dlatego sądziłam, że jesteś głupi i bez problemu mi się oddasz. -zaśmiała się.
-Dziwka... -mruknąłem.
-Hmm? Mówiłeś coś? Zaprowadzić go do tamtej suki! -rozkazała.
Mężczyźni zaprowadzili mnie do celi.
-Sylvanas! -siedziała skulona w kącie celi.
Wcale nie wyglądała dobrze. Od razu do niej podszedłem.
-Tak się cieszę, że cię widzę Jake. -powiedziała i wtuliła się we mnie.
Pocałowałem ją.
-Co tutaj robisz? I dlaczego...
-Oskarżyli mnie o pięć zabójstw. Czeka mnie kara śmierci... ja nie chcę umierać... -łzy spłynęły jej po policzkach.
Spojrzałem na jej dłoń. Krwawiła.
Wziąłem więc sztylet, który wciąż miałem ze sobą. Uciąłem(?) nim kawałek mojej koszuli i obwiązałem nim dłoń Sylvanas. W pomieszczeniu było naprawdę bardzo zimno.
Uwolniłem moje czarne, duże skrzydła, których już bardzo dawno nie używałem by latać... Objąłem Sylvanas i osłoniłem nas obojga.
-Dlaczego cię tutaj wsadzili?
-Jakaś młoda dziwka zamknęła mnie i chciała się ze mną przelecieć...
-Zgodziłeś się!?
-Co!? Oczywiście, że nie!
Spojrzałem na jej twarz. W pobliżu jej ust była rozciętą rana, z której leciała krew... Liznąłem(? XD) ją delikatnie.
-Ty... -zdziwiona popatrzyła na mnie czerwieniąc się przy tym.
-Przepraszam... w pewien sposób jestem uzależniony od tego czerwonego płynu... -spuściłem głowę.
Jej rana momentalnie zniknęła. Nie było śladu.
-Tak nagle... jak... -zapytała.
-Kontakty z demonem takim jak ja będą miały na ciebie właśnie takie wpływy... -odpowiedziałem.
<Sylvanas? To wszystko sprawka tamtej jędzy! XD>


