Spojrzałem na nią i zsiadłem z konia. Jasne, mądre to nie było. Błoto paskudnie chlupnęło podemną ale wolałem mieć mokre nogi niż cały się skąpać, gdy ta końska bestia stanie znowu dęba. Nie urodziłem się na grzbiecie konia, więc nie będę na nich jeździł.
- Poltergeisty? - zapytałem z lekkim uśmiechem i wskazałem lewitującą kłodę.
Dziewczyna zbladła gdy zobaczyła, że zgniły pień zaczął lecieć w naszą stronę. Był wielki i nabierał prędkości. Wydobyłem sztylet.
- Stój. - syknąłem.
Duch jak na komendę przystanął a kłoda upadła z głośnym chlupotem. Smród był odrażający. Byłem do niego przyzwyczajony ale to nie oznaczało, że go lubiłem. Dusza z głośnym świstem ponownie wniknęła w zieloną toń.
- A no są. - mruknąłem chowając broń.
- Obrzydlistwo. - usłyszałem jej szept.
Nie wytrzymałem i uśmiechnąłem się.
- Tędy. - wskazałem niewidoczną ścieżkę.
Nie mogli widzieć mnóstwa maleńkich ogników które latały wokół. Wskazywały mi drogę i drwiły jednocześnie. Nie przepadałem za tymi rejonami. Za dużo nierównowagi a ja byłem tylko jeden. Poszła za mną wraz z bratem. Kilka razy omal źle nie skręciłem. Wystarczył jeden krok i wylądowalibyśmy po uszy w brei. A kto wie co ją zamieszkiwało? Poczułem zimny pot na plecach gdy mijaliśmy drzewo wisielców. Taaak, uroczy widok. Było olbrzymie i nienaturalnie powykręcane, jakby w wiecznej agonii. Nieszczęśnicy których tu powieszono wciąż trwali na posterunku, przyczepieni do własnych kości. Wodzili za nami smutnym wzrokiem.
- Zaraz dojdziemy na cmentarz. Przynajmniej będzie sucho. - powiedziałem z prawdziwą ulgą.
<Isabello? :3 >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz