Siedziałam na polanie w środku nocy. Jedyny blask księżyca oraz piękne jasne liście z drzew oświetlały krajobraz różnymi kolorami. Medytowałam w spokoju. Nie byłam sama, do mnie dołączyła niewielka wataha z małymi szczeniakami. Nie byli bojowo nastawieni. Wręcz przeciwnie. Sympatyczne i uśmiechnięte pokojowo mordki ukazywały pokój na terytorium. Ja wciąż siedziałam a wataha położyła się blisko mnie. Pare małych szczeniąt opierało się o mnie smacznie spać. Wojownicy członkowie tego zdumiewającego stada dzikich psów , ułożyli się w kręgu , niby z zamkniętymi oczami ale czuwający instynkt bardzo czujny. Jednak wczesnego ranka, "obudziłam" się z transu. Alfa watahy pożegnał mnie po czym razem z jego wiernymi towarzyszami ruszyli na polowania, a ja przed siebie szukając większej wiedzy na temat swego pochodzenia oraz różnych zaklęć. Zauważyłam budowle starożytnego zamku. Zaciekawił mnie wystrój. Powoli i ostrożnie z skupieniem zbliżałam się do twierdzy.
-A ty tu co tu robisz? -usłyszałam męski dorosły głos za sobą. Nie czułam ani pozytywnego ani bojowego nastawienia. Odwróciłam się powoli. Nieśmiałość sprawiałą że nie wiedziałam co powiedzieć. Jednak nie mogłam milczenia ciągnąc do końca zycia.
-Jestem tu przypadkiem...-oznajmiłam. Narazie wolałam nie zdradzić imienia. Gdyż nie wiedziałam z kim mam do czynienia.
<Jakiś chłopak? ^^>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz