wtorek, 6 stycznia 2015

Od Enely - C.D. Artura

Bałam się tego faceta. Nawet bardzo. Ale teraz byłam w drodze do domu, gdzie powinna czekać na mnie Jody.
- Przyjadę do pałacu jutro rano, z Jody.
- W porządku. - powiedział, a kary ogier spokojnie galopował przez las. Dojechaliśmy i szybko zeskoczyłam z konia, pożegnałam się i weszłam do domu. Jody siedziała na kanapie i czytała jakąś książkę.
- Jody..
- Tak? - zapytała nie odrywając sie od książki.
- Jutro z saego rana jedziemy na wyprawę, na granicę. Z Arture i takim jedny, niebezpiecznym gościem z najemników.
- Spoko.
- Spoko? Jody! Jaką chcesz broń?
- Czyli bierzemy swoją?
- Ja biorę. Łuk, 48 strzał, nóż, albo dwa. A ty?
- Daj mi jakiś łuk i trochę strzał.. No i może jakiś scyzoryk. - powiedziała obojętnie.
- No dobra. Masz jakieś ubrania na zmianę? Nie wiem ile to będzie trwało.
- Tak, a ty?
- Wezmę jakieś spodnie w moro i bluzę. I jakieś wygodne buty. - wymieniałam. - idę spać.
- Dobranoc.
- Dobranoc.
Poszłam na górę i położyłam się na wciąż nie wykończonym łóżku. Wstanę trochę wcześniej i porzeźbię przed podróżą.

***

Wstałam koło czwartej rano. Się gnęłam po dłuto i nie wstając z łóżka rzeźbiłam w drzewie. Zrobiłam jakieś 30 cm w głąb pokoju i usłyszałam, że Jody wstała. Zeszłam na dół w piżamie i podeszłam do szafek pod schodami. Na razie ubrania iałam tutaj, bo komoda na górze nie była skończona. Wyjęłam kilka ubrań i ubrałam się, Jody także.
Później spakowałam do plecaka strzały i przyczepiłam łuki. Noże od razu trafiły na swoje stałe miejsca. Dałam plecak Jody, żeby dopakowała swoje ubrania i co tam jeszcze chce. Wzięłam herbatę i trochę cukru i kawy, kubek termiczny i ubrania i także wcisnęłam do plecaka.
- To ten, wołaj jakiegoś tęczowego jednorożca, czy coś. - powiedziała Jody.
- Jednorożca? Idziemy na piechotę!
- To kawał drogi! - oburzyła się siostra.
- Nie taki kawał. Wytrzymasz.
- A twój koń?
- Nie zabiorę go na granicę! To młoda klacz!
- Wróci!
Po chwili zastanowienia uległam i przywołałam skarogniadą trzylatkę, po czym wskoczyłam na nią, wzięłam plecak i Jody także ją dosiadła. Oczywiście to ona miała plecak na plecach, bo siedziała z tyłu.
Jechaliśmy najpierw powoli, bo Jody kiepsko radzi sobie bez siodła.W końcu jednak mocnym chwytem złapała się mnie i pogoniłam Mishuzi do galopu. Jej grzywa falowała, a las wypełniał stukot jej kopyt. Nie wybijała i jechało się na prawdę cudownie. Jako że do pałacu daleko nie było, to ta błoga chwila nie trwała długo i wkrótce staliśmy u podnóży budowli. Przed wejściem stał już Artur i nasz kompan. Powiedziałam Jody, że to ten i ma się od niego trzymać z daleka. Ona tylko przytaknęła.
Zeszłyśmy z Mishu i póściłam ją do lasu. Nie mieszkała u mnie, mieszkała w dziczy.
Podeszłyśmy do Artura i przywitałyśmy się z nim i z "Boreaszem".

Artur?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz