Ni to się zaśmiałam ni to prychnęłam,wywracając oczami.
-Bierzemy bo będą się tu kisić kolejne 10 lat. Masz jakieś coś żeby to wrzucić?- spojrzałam na nią i sukienkę.- Okey,zdałam sobie sprawę z głupoty swych słów... wrzuć mi do kaptura. Moje kieszenie są zbyt użyteczne żeby je słodyczami zapychać.
Alives wstała,a ja przycupnęłam,żeby łatwiej było jej wrzucić tam smakołyki. Bryczka stanęła na drodze. Niezłe wyczucie czasu. Podeszłyśmy do niej,a ja mimowolnie pogłaskałam szyją i łeb gniadej klaczy. Piękne zwierze. Pantera zaszyła się w lesie,a ja wsiadłam do powozu.
-Cukierka?
Zaśmiałam się,grzebiąc ręką w kapturze swojej kochanej czarnej kurtki. Była taka jak ja. Idealna do przytulania i modna (xD). Usiadłam wygodniej. Otworzyłam czekoladę, sprawdziłam czy nie ma pleśni,nawet powąchałam. Była jadalna. O dziwo. Wcięłam kostkę. kostkę.
- Zjadliwa.
Powiedziałam,wyciągając do niej rękę.
***
Naszpikowane przeterminowanymi słodyczami,ruszyliśmy w stronę gabinetu dowódcy. Nie potrafiłabym do niego powiedzieć "dowódco",nie wspominając nic o "przywódco". Zapukałam energicznie. Nim usłyszałam słowo "Wejść" już otwierałam drzwi. Uśmiechnęłyśmy się do siebie, na co Artur zmarszczył brwi. Wskazałam ręką ponad ramieniem.
- Co z tym?- zapytałam szczerze rozbawiona.
Nawet nie pomyślały żeby pójść przy okazji i wsiąść torebkę.
-Można?- zapytałam wskazując krzesło.
Artur skiną głową z zaciekawieniem. Nadal marszczył brwi.
- Pomożesz Alives? Dzięki.
Wyrzuciłam wszystko na ładną kupkę na krześle i wstałam. Wytrzepałam kaptur,nad śmietniczką. Poprawiłam go i oparłam się o ścianę ,krzyżując ręce jak to mam w zwyczaju.
Artur?
-Bierzemy bo będą się tu kisić kolejne 10 lat. Masz jakieś coś żeby to wrzucić?- spojrzałam na nią i sukienkę.- Okey,zdałam sobie sprawę z głupoty swych słów... wrzuć mi do kaptura. Moje kieszenie są zbyt użyteczne żeby je słodyczami zapychać.
Alives wstała,a ja przycupnęłam,żeby łatwiej było jej wrzucić tam smakołyki. Bryczka stanęła na drodze. Niezłe wyczucie czasu. Podeszłyśmy do niej,a ja mimowolnie pogłaskałam szyją i łeb gniadej klaczy. Piękne zwierze. Pantera zaszyła się w lesie,a ja wsiadłam do powozu.
-Cukierka?
Zaśmiałam się,grzebiąc ręką w kapturze swojej kochanej czarnej kurtki. Była taka jak ja. Idealna do przytulania i modna (xD). Usiadłam wygodniej. Otworzyłam czekoladę, sprawdziłam czy nie ma pleśni,nawet powąchałam. Była jadalna. O dziwo. Wcięłam kostkę. kostkę.
- Zjadliwa.
Powiedziałam,wyciągając do niej rękę.
***
Naszpikowane przeterminowanymi słodyczami,ruszyliśmy w stronę gabinetu dowódcy. Nie potrafiłabym do niego powiedzieć "dowódco",nie wspominając nic o "przywódco". Zapukałam energicznie. Nim usłyszałam słowo "Wejść" już otwierałam drzwi. Uśmiechnęłyśmy się do siebie, na co Artur zmarszczył brwi. Wskazałam ręką ponad ramieniem.
- Co z tym?- zapytałam szczerze rozbawiona.
Nawet nie pomyślały żeby pójść przy okazji i wsiąść torebkę.
-Można?- zapytałam wskazując krzesło.
Artur skiną głową z zaciekawieniem. Nadal marszczył brwi.
- Pomożesz Alives? Dzięki.
Wyrzuciłam wszystko na ładną kupkę na krześle i wstałam. Wytrzepałam kaptur,nad śmietniczką. Poprawiłam go i oparłam się o ścianę ,krzyżując ręce jak to mam w zwyczaju.
Artur?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz