Ocknąłem się. Atos dał nam wolność... Connor mnie nie interesował. Wszystko mi było jedno co dalej z nim będzie. Nękał mnie przez długi czas.
-Niech radzi sobie sam. Zabieram konia i więcej tu już nie wracam. Miłego dnia Atos! -zacząłem uśmiechać się jak jakiś debil, a Atos przeszył mnie jedynie lodowatym wzrokiem i odszedł w przeciwnym kierunku.
[...]
Dotarłem nareszcie do królestwa. Zauważyłem Jake'a stojącego przed wejściem do kamiennego zamku. Ja wciąż siedziałem na siwym koniu Blacka.
-Co do cholery dzieje się z tym kretynem!? Ukradłeś mu konia!? -wydawał się mocno zdenerwowany.
-Ukraść może nie... po prostu zabrałem go bez pytania.
-Nie ważne... w sumie to dobrze, że mam od niego spokój choć na chwilę...
-Czy coś się stało panie?
-Dobierał się do mnie... idiota... Co robiłeś, kiedy cię nie było?
-Wiesz... nic takiego. Raport złożę ci później. Nie jesteś jedynym. Do Atosa też miał sprawę...
-Ty chyba nie mówisz o tym, o czym ja teraz myślę...
-Tak, to o to właśnie mi chodzi.
-Czy ten debil da nam kiedyś spokój!? Przynieś mi pergamin i pióro do komnaty. Trzeba złożyć jakieś przeprosiny w jego imieniu...
-Pojebało cię!? -nie wytrzymałem presji.
-Wiesz... w sumie masz rację. Nie ma sensu pisać takiego czegoś do wroga.
-Weź w końcu ogarnij dupę i przestań przejmować się tym zasranym pokojem w królestwie!
-Nie to jest moim celem! I sam o tym dobrze wiesz! -napięcie wciąż rosło...
-To co ty tu jeszcze robisz!? Po cholerę! To Iluminaci zajmują się tym wszystkim! Ja z chęcią przejmę twoje stanowisko! -przesadziłem... a Jake przeszył mnie dziwnym spojrzeniem, którego nigdy dotąd wcześniej nie widziałem.
W tym momencie wielkie, drewniane drzwi zamku zaczęły się otwierać, a do wielkiego holu wszedł Black.
-Ty porąbany homoseksualisto! Jak śmiałeś zostawić mnie na polu tego gnoja! Jeszcze tego pożałujesz... Zobaczysz... dziś się nie obudzisz! -w pewnym momencie usłyszałem czyjeś kroki dochodzące z wschodniej wieży zamku... Słyszałem także śmiech kobiety.
<Vierra?>
-Ukraść może nie... po prostu zabrałem go bez pytania.
-Nie ważne... w sumie to dobrze, że mam od niego spokój choć na chwilę...
-Czy coś się stało panie?
-Dobierał się do mnie... idiota... Co robiłeś, kiedy cię nie było?
-Wiesz... nic takiego. Raport złożę ci później. Nie jesteś jedynym. Do Atosa też miał sprawę...
-Ty chyba nie mówisz o tym, o czym ja teraz myślę...
-Tak, to o to właśnie mi chodzi.
-Czy ten debil da nam kiedyś spokój!? Przynieś mi pergamin i pióro do komnaty. Trzeba złożyć jakieś przeprosiny w jego imieniu...
-Pojebało cię!? -nie wytrzymałem presji.
-Wiesz... w sumie masz rację. Nie ma sensu pisać takiego czegoś do wroga.
-Weź w końcu ogarnij dupę i przestań przejmować się tym zasranym pokojem w królestwie!
-Nie to jest moim celem! I sam o tym dobrze wiesz! -napięcie wciąż rosło...
-To co ty tu jeszcze robisz!? Po cholerę! To Iluminaci zajmują się tym wszystkim! Ja z chęcią przejmę twoje stanowisko! -przesadziłem... a Jake przeszył mnie dziwnym spojrzeniem, którego nigdy dotąd wcześniej nie widziałem.
W tym momencie wielkie, drewniane drzwi zamku zaczęły się otwierać, a do wielkiego holu wszedł Black.
-Ty porąbany homoseksualisto! Jak śmiałeś zostawić mnie na polu tego gnoja! Jeszcze tego pożałujesz... Zobaczysz... dziś się nie obudzisz! -w pewnym momencie usłyszałem czyjeś kroki dochodzące z wschodniej wieży zamku... Słyszałem także śmiech kobiety.
<Vierra?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz