Wiatr gwizdał mi w uszach i bił po twarzy. Miałem wrażenie, że ktoś smaga mnie biczem po policzkach.
Przeklęta wichura. Nasunąłem mocniej kaptur na głowę, chcąc skryć się przed nawałnicą. Nie pamiętam którego dnia tak samo przeraźliwie wiało. Przedzierałem się z niesmakiem przez zarośla. Może wreszcie trafię na jakieś zaciszne miejsce gdzie będę mógł spokojnie spędzić noc? Nagle wyszedłem na niewielką polanę. Wiatr wiał od wschodu, a od tamtej strony polanę zasłaniały rosłe drzewa. Nie wiało prawie wcale. Usiadłem na trawie i odsapnąłem chwilę. Nagle zobaczyłem, że na polanie jest niewielkie jezioro. Stwierdziłem, że dobrze by było się czegoś napić. Wstałem i ruszyłem w kierunku wody. Nagle zobaczyłem skuloną postać siedzącą nad jeziorem. Z daleka stwierdziłem, że to dziewczyna. Na odgłos kroków zerwała się z miejsca i wycelowała we mnie sztyletem.
- Kim jesteś i co tu robisz? - spytała.
- Mógłbym zadać ci te same pytania - odparłem spokojnie. - Po prostu przyszedłem się napić. A teraz z łaski swojej opuść ten kawał żelastwa, bo jeszcze zrobisz komuś krzywdę.
Wskazałem jej sztylet.
<Isabelle?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz